facebook
Dwudziestu ich było - wspomnienie jesień 1944 cz. II

    Dzisiaj jest wtorek, 18 grudnia 2018 r.   (352 dzień roku) ; imieniny: Bogusława, Gracjana, Laury MD Emigrantów    
 |   serwis   |   wydarzenia   |   informacje   |   skarby Ziemi Proszowskiej   |   Redakcja   |   tv.24ikp.pl   |   działy autorskie   | 
 |   ludzie ZP   |   miejsca, obiekty itp.   |   felietony, opracowania   |   kącik twórców   |   miejscowości ZP   |   ulice Proszowic   |   pożółkłe łamy...   |   RP 1944   | 
 |   artykuły dodane ostatnio   |   postacie   |   miejsca   | 
 wydarzenia 
 |   opracowania   | 

serwis IKP / Skarby Ziemi Proszowskiej / felietony, opracowania / wydarzenia / Dwudziestu ich było - wspomnienie jesień 1944 cz. II
O G Ł O S Z E N I A
patronaty IKP


Dwudziestu ich było - wspomnienie jesień 1944 cz. II

(fot. fakty.interia.pl)

Donosy, 26-11-2018

     A więc zaświecił tata tą lampę jedyną na cały dom, Niemcy krzyczą, żeby zaświecić światło, a tu nie ma co. Dopiero im ten młody co siedział przy kuchni i umiał po polsku przetłumaczył, że tu już nie ma co świecić. To wpadł tym szwabom pomysł, żeby zapalić ognisko, to będzie od niego ciepło i widno. I znów ten młody musiał im tłumaczyć, że jak zapalą ognisko w tym domu, to spali się wszystko i wszyscy. Nie daj Boże co myśmy z tymi Niemcami przeżyli. Pomimo że światło było nikłe, to jednak kazali zasłonić okna czym się dało, żeby żadne światło na dwór nie przebijało.

     Oni natomiast rozłożyli mapę i przy pomocy tego młodego Niemca i taty chcieli ustalić gdzie dokładnie są. Tata na tej ich mapie tyle się znał co nic, ale podobno mieli mapy bardzo szczegółowe. Z tego co się tata zorientował, to oni chcieli dojść do drogi w kierunku Krakowa i będąc w Kazimierzy Wielkiej weszli nie w tą drogę w którą chcieli. Zamiast iść drogą przez Donosy poszli drogą przez Odonów, a tej drogi prawdopodobnie nie mieli na mapie i stąd całe zamieszanie. Gdy doszli już do początków Chruszczyny Wielkiej, tam gdzie my mieszkaliśmy zorientowali się, że popełnili błąd i dlatego się zatrzymali, żeby się odnaleźć w terenie.

     Po przestudiowaniu mapy postanowili, że nie zostaną na noc, tylko pójdą dalej, co wszyscy przyjęliśmy z wielką ulgą. Sęk jednak tkwił w tym, że nie wiedzą jak stąd wyjść i jak dojść do tej drogi, która prowadzi do Krakowa. Tą drogą przy której my mieszkaliśmy też można było dojść do Krakowa, ale była ona dłuższa i gorsza. Ładnie powiedziane, że można było dojść do Krakowa jakby ten Kraków za miedzą był, a tu ponad 50 kilometrów wyboistej nie utwardzonej drogi. Może już gdzieś koło Kocmyrzowa była lepsza i to wszystko.

     To co najgorsze miało dopiero nastąpić. Otóż niebawem zaczęli szykować się do drogi, sprowadzili od sąsiada konie, zaprzęgli do wozów, uzupełnili umundurowanie i gotowi do drogi wzięli jako zakładnika naszego tatę. Pod lufami karabinów wyprowadzili go z domu i krzykiem kazali mu iść przodem, aby wskazywał im drogę. W pobliżu naszego domu biegła polna droga łącząca Chruszczynę Wielką z Donosami przez które biegła droga w stronę Krakowa i byliśmy święcie przekonani, że tata wyprowadzi ich tylko do tej polnej dróżki i za niedługo wróci. Ale nie wrócił. Kiedy wychodził z tymi okupantami płacz w domu był okropny, a kiedy nie wrócił za pół godziny, to już był lament. Najbardziej baliśmy się o mamę. Miała niezbyt zdrowe serce i prosiliśmy Boga, żeby to wszystko przetrzymała.

     Tymczasem wieść o tym, że nasz dom okupują hitlerowcy rozeszła się po okolicznych wsiach i możliwość zaatakowania ich i rozbrojenia rozważali partyzanci z tychże wsi. Z tego co dowiedzieliśmy się później podjęcie takiej decyzji nie było łatwe, bo w domu oprócz nich była jeszcze cała nasza rodzina, siedem osób. Jak to zadanie wykonać żeby żadnemu z nas nie stała się krzywda, to był dylemat. Jednakże decyzja zapadła, że zaatakują o godzinie drugiej w nocy. Jeden partyzant przez cały czas obserwował ruchy Niemców z ukrycia i z dalszej odległości jako, że teren ten był otwarty. Mieszkaliśmy wśród łąk, a z jednej tylko strony posesja nasza przylegała do sąsiada. W niewiadomy dla mnie sposób partyzanci powiadomili tatę, żebyśmy w tę noc w domu nie spali, tylko u sąsiadów, bo wszystko może się wydarzyć. I tak też rodzice zadecydowali, a sąsiedzi chociaż mieli trudne warunki na pewno przyjęli by nas serdecznie.

     Jednakże takiej potrzeby nie było, bo Niemcy wyprowadzili się wieczorem i pod osłoną nocy chcieli przejść kawał drogi. Jednakże, żeby przez noc doszli do Krakowa, to bardzo wątpię. Było by to możliwe gdyby droga była dobra i jechali na tych furmankach. Dopiero po upływie wiele tygodni, kiedy dowiedzieliśmy się, że atak na nasz dom był przez partyzantów planowany doszło do naszej świadomości, że pomimo że Niemców już by w tym czasie nie było, a partyzanci nie wiedząc o tym w planowanym czasie zaatakowali, to mogli nas wymordować nie chcący. Ale widocznie mieli dobry wywiad i do tego nie doszło.

     Najgorsze jest wyczekiwanie kogoś bliskiego, który poszedł pod groźbą karabinów z okupantem i nie wiadomo czy wróci. Jeszcze w naszej świadomości nie zatarła się pamięć, kiedy to dwa lata temu wyczekiwaliśmy przyjścia mamy, którą Niemcy złapali wracającą z targu i wywieźli do Koniecmostów koło Wiślicy do okopów, a tu znowu wyczekujemy przyjścia taty. Oto "uroki" wojny. Wydawałoby się niektórym, że nas w takim wiejskim grajdołku, daleko od dużych miast wojna nie dotknęła, a o niej wiemy tylko tyle, co usłyszymy od innych osób. Ale to nieprawda. Nie było chyba takiego zakątka w naszym kraju, który w mniejszym lub większym stopniu nie byłby dotknięty tą okrutną wojną.

     Czas płynął, a taty nie ma. My młodsze dzieci zaczęliśmy usypiać toż to była noc. Nie mieliśmy się nawet gdzie położyć. Wielkiego bałaganu po niemieckich żołnierzach trudno było ogarnąć, więc mama położyła nas gdzie mogła, a sama wychodziła co trochę na dwór patrząc w kierunku w którym poszli i nasłuchując strzałów karabinowych, bo wszystkiego można się było spodziewać. Była jednak cisza, przynajmniej wtedy, kiedy nasłuchiwała. To były najgorsze chwile w jej życiu, jak potem opowiadała. Kiedy czas się dłużył miała tylko jedno na myśli, że jej mąż, a nasz tata już nigdy nie wróci. Przecież nie poszedł z kolegami, tylko z mordercami, te myśli upewniały ją, że nastąpiło to co najgorsze. Jak będzie żyć sama z piątką małych dzieci, myślała. Tylko to przychodziło jej do głowy.

     Aż wreszcie po długim oczekiwaniu tata wrócił cały i zdrowy. Pierwsze pytanie mamy było: czy nic ci nie zrobili? Ano nic odpowiedział po chwili zastanowienia. Minęła północ. Rodzice zabrali się do sprzątania domu, a przede wszystkim tej słomy, na której mieli spać Niemcy. O spaniu tej nocy nie było mowy. Jedynie na siedząco zrobili sobie krótką drzemkę i tak dotrwali do rana. Dopiero na drugi dzień doprowadzili dom do porządku i znowu było jak poprzednio.

     Właśnie na drugi dzień zobaczyłem, że tata trzyma w ręku karabin. Najprawdziwszy lśniący karabin, a że byłem z natury ciekawy zapytałem: tata skąd masz ten karabin? Niemcy go sobie zapomnieli zabrać i został, odpowiedział. Ja byłem najmłodszy w naszym domu, więc wszyscy traktowali mnie jako tego, który jeszcze nic nie wie, to można przy nim robić i mówić prawie wszystko. Ale się bardzo mylili, tak rodzice, jak i starsze rodzeństwo, bo ja wszystko co widziałem i słyszałem zapamiętywałem na długo, nawet do dziś.

     Tata nie bardzo wiedział, co z tym karabinem zrobić, a przede wszystkim myślał, czy aby po niego nie wrócą. Wszyscy może nie, ale jeden? Więc wziął ten karabin i wyszedł z nim na dwór, a ja za nim, jak to mały chłopiec za ojcem. Nad chlewem był taki stryszek. Tata wziął drabinę, przystawił do drzwiczek prowadzących na ten stryszek, wyszedł po tej drabinie i tam schował karabin. Ja udawałem, że się bawię i nic nie widzę, ale ja wszystko widziałem i zapamiętałem, oczywiście nie mówiąc o tym nikomu ani słowa.

     Później długo tego karabinu nie widywałem, aż dnia pewnego, a raczej wieczora przyszedł do nas jakiś pan. Zapamiętałem go. Był to wysoki brunet szczupłej budowy. W domu świeciła się lampa naftowa, to jasności od niej nie było, ale jakoś musiało się z tym żyć. Wtedy tata wyszedł i za chwilę przyszedł z czymś długim zawiniętym w jakąś szmatę, był to chyba worek. Rozwinął, a tam był karabin. Położył go na stoliku, który nazywaliśmy ławką, a służył on dla małych dzieci do jedzenia przy nim. Tata był cieślą, to i stolarkę umiał, więc zrobił nam małe stołeczki, na których się siadało i przy ławce jadło obiad. Ta ławka to było coś takiego jak dzisiejsza ława przy której pije się kawę.

     Ten przybysz wziął karabin do ręki, najprzód sprawdził, czy nie jest załadowany i zaczął go rozbierać. Ja się temu przyglądałem i pamiętam, że mieli jakieś ściereczki i płyn, którymi go czyścili bardzo dokładnie. Później złożyli wszystkie części, a po złożeniu przetarli go jeszcze ściereczką i zapakowali do tego samego worka w którym go tata przyniósł. Ten pan posiedział jeszcze trochę spędzając czas na rozmowie z tatą. Potem zabrał ten pakunek i poszedł. Był to prawdopodobnie partyzant, któremu tata przekazał karabin. Przy tym wszystkim nie przypominam sobie mamy, jej tam nie było. Może się położyła w drugim pomieszczeniu, albo poszła na pogaduszki do sąsiadki. Później już nigdy tego karabinu nie widziałem. Zapewne wzbogacił on zasoby partyzanckie, ale jedno mnie nurtowało i do dziś zadaję sobie pytanie: jeżeli tak, to skąd partyzanci wzięli amunicję do tego karabinu. Przecież karabin bez amunicji nie jest do niczego przydatny.

     Do dziś nurtuje mnie w tym całym wydarzeniu jedna myśl: Czy żołnierz opuszczając nasz dom spokojnie bez żadnego pośpiechu i nie pod presją, mógł zapomnieć karabinu? Czy nie zauważył, że do tej pory zawsze coś przy sobie miał, a teraz nie ma i to tego za które był odpowiedzialny? Coś mi tu w tym miejscu nie pasuje. A czy czasem nie było tak, że Niemcy po wyjściu z naszego domu i ujściu kawałek drogi zostali jednak przez oddziały partyzanckie zaatakowani i rozbrojeni, a karabinami podzielili się partyzanci? I stąd tata miał karabin. I czy to nie był powód, że tata tak długo nie wracał?

     W tych przypuszczeniach utwierdza mnie też to, że w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, kiedy moi rodzice już nie żyli spotkałem mojego kuzyna, brata Tadeusza, który to był w naszym domu w czasie okupowania go przez Niemców, także partyzanta. Rozmawialiśmy na różne tematy i on nagle zaczął rozmawiać na temat wojny i zapytał mnie czy coś z niej pamiętam. Odpowiedziałem, że bardzo malutko, ale trochę pamiętam jak Niemcy okupowali nasz dom. A wiesz co się z nimi stało? - zapytał. Wieczorem zebrali się i poszli - odpowiedziałem. A on na to: ale oni daleko nie zaszli, bo zostali rozstrzelani. Zdziwiony zapytałem: tak? A on dalej mówił, że tam zostali też pochowani. Nie bardzo, a w zasadzie wcale nie wierzyłem w to co mi Józek opowiada i po krótkim czasie zmieniliśmy temat rozmowy. W tym czasie miał on już około siedemdziesiątki, więc pomyślałem, że pewno ma urojenia i bredzi.

     Tak zaraz po wojnie, jak i kilka, czy kilkanaście lat później nikt o żadnej strzelaninie w tym rejonie nie mówił. Jest faktem, że za naszym domem w kierunku do drogi do której miał ich tata doprowadzić nie było żadnych zabudowań, tylko łąki i pola uprawne, ale przecież gdyby starło się dwudziestu żołnierzy niemieckich i przynajmniej tylu partyzantów, to byłaby strzelanina na wysoką skalę. Prawdziwa wojna. Jest to prawie nie możliwe żeby nikt tego nie słyszał. Jest jeszcze jedna możliwość, że Niemcy poddali się i po zabraniu im broni, bez strzału puszczono ich wolno. Co dalej stało się z Niemcami po opuszczeniu naszego domu nie wiadomo. I zapewne teraz już nic więcej się nie dowiemy.

     Jednego w tym temacie żałuję, że nie zainteresowałem się tym wydarzeniem kiedy jeszcze rodzice żyli i ludzie, którzy w czasie wojny byli dorośli. Ale byłem młody jak wielu innych kolegów, żyliśmy młodzieńczym życiem, nie w głowie nam była wojna. Cieszyliśmy się, że jej już nie ma. A potem? Potem żona, dzieci i myśli o rodzinie i cieszenie się z młodości i pięknego Świata. Dopiero teraz, kiedy jestem w wieku mocno dojrzałym i beztrosko spędzam czas na emeryturze, odżyły wspomnienia.

koniec

Zdzisław Kuliś   



idź do góry powrót


 warto pomyśleć?  
Raj nie jest z tego świata, ale są na nim jego fragmenty.
(Anonim)
grudzień  18  wtorek
grudzień  19  środa
grudzień  20  czwartek
grudzień  21  piątek
DŁUGOTERMINOWE:


PRZYJACIELE  Internetowego Kuriera Proszowskiego
strona redakcyjna
regulamin serwisu
zespół IKP
dziennikarstwo obywatelskie
legitymacje prasowe
wiadomości redakcyjne
logotypy
patronat medialny
archiwum
reklama w IKP
hierarchia
parametry
miejsce prezentacji
ceny
przyjaciele
copyright © 2016-... Internetowy Kurier Proszowski; 2001-2016 Internetowy Kurier Proszowicki
Nr rejestru prasowego 47/01; Sąd Okręgowy w Krakowie 28 maja 2001
Nr rejestru prasowego 253/16; Sąd Okręgowy w Krakowie 22 listopada 2016

KONTAKT Z REDAKCJĄ
KONTAKT Z REDAKCJĄ         KONTAKT Z REDAKCJĄ         KONTAKT Z REDAKCJĄ         KONTAKT Z REDAKCJĄ         KONTAKT Z REDAKCJĄ