facebook
Napad na Szczytniki
Loading

    Dzisiaj jest środa, 13 grudnia 2017 r.   (347 dzień roku) ; imieniny: Dalidy, Juliusza, Łucji    
 |   serwis   |   wydarzenia   |   informacje   |   skarby Ziemi Proszowskiej   |   Redakcja   |   tv.24ikp.pl   |   działy autorskie   | 
 |   ludzie ZP   |   miejsca, obiekty itp.   |   felietony, opracowania   |   kącik twórców   |   miejscowości ZP   |   ulice Proszowic   |   pożółkłe łamy...   |   RP 1944   | 
 |   ostatnio dodane   | 
 gazety 
 |   zdjęcia, filmy   |   dokumenty   |   skarby archiwów   | 

serwis IKP / Skarby Ziemi Proszowskiej / pożółkłe łamy / gazety / Napad na Szczytniki
O G Ł O S Z E N I A
patronaty IKP



Napad na Szczytniki

(fot. źródło)

15-04-2017, (26-02-1916; 4-03-1916)

Zapraszamy do lektury artykułów, o tym co działo się u naszych bliskich sąsiadów, Szczytniki koło Wislicy:

opracowanie: Halina Kulesza   

Źródło: Ziemia Kielecka; nr 9; Kielce, 26 lutego 1916 r.; Z naszych bojów. Napad na Szczytniki I; s. 5-6.; Ziemia Kielecka; nr 10; Kielce, 4 mnarca 1916 r.; Z naszych bojów. Napad na Szczytniki II; s. 5-6.

Z naszych bojów

 (fot. źródło)

Napad na Szczytniki I

Było to w okresie naszych bezustannych walk nad Wisłą i Nidą - pierwszych walk w nadgranicznym pasie Królestwa.

Nowy Korczyn, Winiary, Opatowiec, Wiślica i wiele, wiele innych - oto miejscowości, o które walczyliśmy po kilkakroć, miejscowości, przerzucane falą wojny z rąk do rąk.

Ileż uroku było w tych ciągłych starciach! Każdą wyprawę witaliśmy wybuchem radości, każdy dłuższy postój stawał się nieznośnym, nieodżałowaną stratą czasu.

Ponieważ oddziały nasze spotykały się ciągle z przemożną siłą nieprzyjacielską - starcia musiały mieć charakter śmiałych a szybkich wycieczek; spadaliśmy jak piorun tam i wtedy kiedy się najmniej tego wróg spodziewał. Gdy się teraz zastanawiam, że przecież w takiej wyprawie za Wisłę, każdej chwili byliśmy narażeni na zepchnięcie nas w nurt rzeki - aż się dziwię, że z taką beztroską szliśmy, nie mając bezwzględnie zapewnionego odwrotu. Ale kto by się takimi drobnostkami zajmował...? Ważniejszą rzeczą było pytanie - kiedy to na nasz oddział przyjdzie kolej zmierzenia się z Moskalem.

A to "zmierzenie" się choć nawet i kolej przyszła nie zawsze dochodziło do skutku, bo nieprzyjaciel nie czując swej przewagi liczebnej - starał się "wziąć przepisaną odległość od nas". Nic też dziwnego, że niektórzy towarzysze broni zaczęli wątpić, czy rychło zetkną się oko w oko z żołdakami moskiewskimi, czy - zanim zabłąkana kula przewierci pierś - nadarzy się sposobność chrzest krwi bagnetem zimnym sprawić. Nie długo mieliśmy czekać.

Dnia 23.09. 1914 r. przed południem kompania nasza otrzymała rozkaz: "Nasza kawaleria doniosła, że w Szczytnikach znajduje się oddział nieprzyjacielski. Wykonać napad i wrócić do batalionu". Batalion nasz stał wtedy w Chwalibogowicach (Królestwo). Trzeba było widzieć roześmiane oczy naszego porucznika, kiedy czytał otrzymany rozkaz... Byliśmy przejęci ważnością zadania i to zadania samodzielnego!...

Ruszyliśmy do Czarkowej. Tam stała część naszej kawalerii. Porucznik Jerzy Narbutt zasięgnął informacji o nieprzyjacielu od ułanów, ułożono wspólnie plan działania. Napadu mieliśmy dokonać podczas nocy. Godzina jedenasta, zbieramy się. Kilka krótkich uwag, przestróg i ruszamy. Noc tak ciemna, że nie widzę obok i przed sobą idących kolegów, kierunek utrzymuję według odgłosu pluskających w błocie nóg. Patrol przedni się gubi, trzeba wziąć przewodnika z najbliższej wsi. Prowadzi nas szczekanie psów. Zbliżamy się do wsi.

Dobijamy się do pierwszej z brzegu chałupy po długich perswazjach wychyla się wystraszona kobiecina, z góry zapewniając, że "sołdatów nima". Na wszystkie pytania odpowiada ukutymi w panicznym strachu formułami, nie mającymi nic wspólnego z tym, co nas obchodzi. Idziemy dalej znowu nas wita lament dzieciaków i kobiet, a wszędzie nie ma mężów, których szukamy na przewodników.

Ponieważ Szczytniki leżą w stosunku do Czarkowej po drugiej stronie Nidy - musieliśmy ostatnią jakoś przebyć. Zarekwirowaliśmy więc kilka wozów i na tych uskuteczniliśmy przeprawę. Akurat wtedy rzeka wezbrała tak, że nawet na wozach zamoczyliśmy się trochę. Przeprawa trwała bardzo długo, bo wozów było mało i samo przedzieranie się poprzez prąd wymagało wiele czasu i ostrożności.

Nareszcie wszyscy jesteśmy na drugim brzegu. Rozpoczynamy marsz ubezpieczony.

Dwa plutony kawalerii mają zająć pozycje pod Szczytnikami od strony Nidy, nasza kompania trzema plutonami zamknie nieprzyjaciela klamrą tuż nad rzeką; mamy go znieść, przedłużyć w wielki sen bezpiecznie śpiącej dziczy. Od nas ma wyjść hasło boju. Idziemy! Skradamy się jak koty, by nie spłoszyć upatrzonej ofiary. Co chwila któryś się zapada do kolan w strumieniu lub bagnie. Każdy z nas ściska broń, broń nową, którąśmy wymienili za wczoraj piastowane Werndle" Już świta. Idziemy coraz śpieszniej. We mgle rysują się kontury wsi, wnikamy w nią całym jestestwem: rój myśli cię opada, a oparów mglistych kleisz widma, przedwczesne z nim staczasz boje, ujrzałeś może własną mać, jak pod zczerniałym obrazem wymadla Tobie życia dni...

Czemuż tak rwiesz do przodu łamiąc szyk?... Czy chcesz utulić jasnowłose chłopię, co z wichrem skargę ci przynosi?

Z naszych bojów

 (fot. źródło)

Napad na Szczytniki II

Idziemy w świt, Tak musi iść śmierć.

Jesteśmy już blisko wsi. Rozpoczynamy osaczanie. Jeden pluton odcina odwrót na Wiślicę, drugi na Szczerbatów, jeden kryje się na pozycji jako rezerwa. Ja pozostaję przy tym plutonie, który idzie frontowym atakiem na wieś; jestem przy poruczniku - na prawym skrzydle. W stronę Szczytnik jedzie wóz. Zatrzymujemy, wypytujemy chłopa o nieprzyjaciela: "Moskale są we wsi?". "Są panie, są od kilku dni", "Dużo" - Jest ich ze sto!... "Odprowadzić go do rezerwy - mówi porucznik - jeżeli zdradzi ochotę ucieczki - słać mu kulę". "Według rozkazu, obywatelu poruczniku!..." Idziemy dalej, zwierając klamrę śmierci. A spieszno nam, bo w Wiślicy i Szczerbatowie - moskale, którzy lada chwila mogą nam spaść na tyły - w odsieczy zaskoczonemu oddziałowi:

Pada pierwszy strzał i to od strony Nidy. Czyj? Czyżby - kawalerja nasza wbrew umowie chciała rozpocząć bój; a może to rosyjska wedeta rzuciła hasło trwogi. W to ostatnie nie chce mi się wierzyć, boć gdyby nieprzyjaciel był się ubezpieczył choć kilkoma wedetami - bylibyśmy już dawno zauważeni, bo szliśmy w terenie odkrytym, tymczasem zdołaliśmy się zbliżyć pod samą wieś niepostrzeżenie. Zresztą pad strzał, odezwał się drugi, trzeci. Zwolna wplatał się w bój karabin po karabinie - aż się rozdzwonił wczesny ranek. Z naszej strony nie widać moskali, więc strzelać nie wolno, tylko wciąż naprzód. Nagle porucznik porywa ze sobą siedmiu nas z prawego skrzydła i pędzi ku skrajnym zabudowaniom wsi. Obsadzamy wielkie dworskie podwórze: szerokość zamyka obszerna murowana stodoła; pod osłoną stogów skradamy się ku niej.

Wywiązuje się strzelanina obustronna. Bijemy w stodołę salwami, aż sypie się kurz z kruszonych cegieł. Ze wsi pędzi gromada kozaków i dragonów do stodoły - po konie. Muszę przebiec pod gradem naszych kul - przez pole śmierci. Wysuwają się pojedynczo zza węgła chałupy, bladzi, z rozwartymi od trwogi oczyma, skuleni, zwinięci jak zbite psy. Widzę każdego, nieomal każde drgnienie trupio bladej twarzy. I dziwny spokój mną owładnął. Nie straszny mi krzyk śmiertelny skoszonych istnień, ni wzruszył ostatni dreszcz konania; wiem tylko żem szedł tu po zwycięstwo, który się przez memi oczyma dokonywa.

Nagle odrywa moją uwagę scena: Z za węgła wybiega kozak; ujrzawszy nas - rozpostarł z przerażenia ręce, lecz po chwili klęknął i schowany za róg domu - począł mierzyć w naszą stronę. Nie wiem czemu - ale pomyślałem, że kozak bierze na cel porucznika. Widocznie ta sama myśl przyszła ostatniemu, bo klęknął momentalnie za jakimś narzędziem rolniczym i oparłszy pistolet na kole począł mierzyć do kozaka. Padł strzał, porucznik cofnął głowę, myślałem, że został ugodzony kulą... Nie! To tylko rykoszet ogłuszył go na chwilę. Przetarł oczy i zanim kozak zdołał zmierzyć po raz drugi - padł trafiony z pistoletu. Przez cały czas z zapartym oddechem przypatrywałem się temu pojedynkowi.

Teraz zaczęliśmy miażdżyć ukrytych w stodole. Porucznik nawołuje ich do złożenia broni - oni w odpowiedzi ślą nam grad kul. Widząc, że nie utrzymają się długo w stodole - starają się wymykać pojedynczo na koniach.

I znowu kładziemy każdego śmiałka, który sądził, że ujdzie i że się wywinie wśród roju stalowych żądeł.

Twardzi byli! - nie chcieli się poddać - woleli śmierć i... znaleźli ją.

Sprawa chyliła się ku końcowi. Uganiano się już tylko z oderwanymi, pędzącymi na oślep, których sięgały na rozmokłej roli gońce - kule. Ot pędzi kozacki komendant zniesionego oddziału. Wtulił głowę w grzywę końską, chce się przebić przez łańcuch tyraljerski. Koń ugodzony dziesiątkiem strzałów runął zrzucając jeźdźca. Oficer podniósł się, zakrył lewym ramieniem twarz, w prawą dłoń chwycił zwieszony pistolet i idzie na oślep. Naraz... podrywa się z naszej linji tyraljerskiej młody chłopiec i biegnie do kozackiego oficera, chcąc go wziąć do niewoli.

Niestety!... jedna z tych w obłędzie wyrzuconych kul trafiła młodzieńca w skroń. Z czerwonym pasmem krwi, ze skrzypem mózgu wysnuła się z młodego życia nić...

Oddział zniesiony. Niedobitki uszły w las. Na pościg nie ma czasu, bo lada chwila przyjdą nowe wrogie zastępy.

Zbiera się szczęściem rozpromieniona brać strzelecka. Toć pierwsze ich zwycięstwo, gdzie mogą liczyć nieprzyjacielskie trupy, gdzie każdy może wykazać bezpośredni czyn.

Zbieramy się, każdy zbrojny w kozacką pikę. W łupach: konie, siodła, lornetki, kompasy. Prowadzą jeńców. Nie dali się łatwo wziąć. Ukryci w chałupie - do ostatniej bronili się chwili. Porucznik nagli do odwrotu. Ruszamy gwarni, a upojeni szczęściem. Opowieści bez końca. Stajemy nad Nidą - nie ma mostu, dawno zatopiony. Więc dalej w bród, bo wróg nie czeka. Przeszliśmy bez wypadku - pomimo znacznej głębokości i silnego prądu. Ledwie znaleźliśmy się na wzgórzu, na którym stał dwór czarkowski w Szczytnikach, już była spóźniona pomoc moskiewska. Nie było komu pomagać, na kim się mścić. Ale moskiewska dzicz musiała na kimś wywrzeć swój gniew. Ujrzeliśmy wkrótce czerwone języki płomieni - to paliły się Szczytniki, zbrodniczą ręką żołdactwa podpalone. Krzyk ludzi, ryki bydła dochodziły do aż do nas, byliśmy tylko przegrodzeni rzeką.

Żołnierz rosyjski pieczętował manifest swego wodza do Narodu polskiego...

Ze dwie godziny płonęła Czarkowa, skąd urządzaliśmy nasz napad, to żołnierz rosyjski zapalał jutrznię lepszych dni.

W godzinę po Czarkowej stanęły w płomieniach Winiary.

Żołnierz rosyjski niszczył zapory stojące na przeszkodzie ku współżyciu Polski i Rosji.

Pod wieczór nasze bataljony biły się na pozycjach oświetlonych łuną pożarów, które strawiły doszczętnie te wszystkie wsie, przez które wracała nasza kompanja po wykonaniu zadania.

Gdyśmy szli w kilkanaście dni później przez Wiślicę - miasteczko położone o kilka zaledwie wiorst od Szczytnik - opowiadali nam mieszkańcy, że na drugi dzień po naszym napadzie i walkach pod Winiarami - moskale chowali 115 zabitych. Według tychże relacji ze Szczytnik uszło tylko 3-ch: dwóch kozaków na koniach i 1 ranny dragon.

Uczestnik   



idź do góry powrót


 warto pomyśleć?  
Mówić prawdę i umieć prawdą żyć - oto rzecz wielkiej wagi.
(Oskar Wilde)
grudzień  13  środa
[10.00]   (Proszowice)
Zostań Aniołem 2017 - kiermasz
grudzień  14  czwartek
[...]   (Proszowice)
Warsztaty z druku 3D
grudzień  15  piątek
grudzień  16  sobota
DŁUGOTERMINOWE:
[wystawa fotograficzna]   MUZYCY
[do 20.12.2017]    (Proszowice)


PRZYJACIELE  Internetowego Kuriera Proszowickiego
strona redakcyjna
regulamin serwisu
zespół IKP
dziennikarstwo obywatelskie
legitymacje prasowe
wiadomości redakcyjne
logotypy
patronat medialny
archiwum
reklama w IKP
hierarchia
parametry
miejsce prezentacji
ceny
przyjaciele
copyright © 2001-2016 Internetowy Kurier Proszowicki; 2016 Internetowy Kurier Proszowski
Nr rejestru prasowego 47/01; Sąd Okręgowy w Krakowie 28 maja 2001
Nr rejestru prasowego 253/16; Sąd Okręgowy w Krakowie 22 listopada 2016

KONTAKT Z REDAKCJĄ
KONTAKT Z REDAKCJĄ         KONTAKT Z REDAKCJĄ         KONTAKT Z REDAKCJĄ         KONTAKT Z REDAKCJĄ         KONTAKT Z REDAKCJĄ