Historia pewnego zegara, odc. 29 - praca od świtu
Dzisiaj jest: piątek, 17 kwietnia 2026 r. (107 d.r.)
Anicety, Klary, Rudolfina
;) Światowy Dzień Kostki Rubika
;) Międzynarodowy Dzień Paskudy
Jutro (jeżeli będzie!): sobota, 18 kwietnia 2026 r.
Apoloniusza, Bogusławy, Gościsławy
M.Dzień Ochrony Zabytków, Ś.Dzień Krótkofalowca
Europejski Dzień Praw Pacjenta
 |   serwis   |   wydarzenia   |   informacje   |   skarby Ziemi Proszowskiej   |   Redakcja   |   tv.24ikp.pl   |   działy autorskie   | 
 |   powiat   |   nasze parafie   |   konkursy, projekty   |   prossoviana   |   zaduszki ZP   |   poszukujemy   |   serce INNYM   |   różne RAS   |   porady, inf.   |   RAS-3   | 
 |   zapraszamy   | 
 on-line 
 |   monografie...   |   biografie...   |   albumy...   |   okazjonalne...   |   beletrystyka...   |   nasi twórcy   |   inne...   |   filmoteka   | 

serwis IKP / informacje / prossoviana / on-line / Historia pewnego zegara / Historia pewnego zegara, odc. 29 - praca od świtu



 warto pomyśleć?  
Jeśli będzie trzeba, zrobię to co będzie trzeba.
(podniesione z ulicy)

  artykuły popularne  
Proszowice styczeń 1945
Proszowice, 22-08-2025
 red.
Film Staszka Bernackiego z rekonstrukcji historycznej zorganizowanej przez Stowarzyszenie Gniazdo - Ziemia Proszowicka w dniu 10 czerwca 2012...
Wyróżniono 2. "nasze"...
22-08-2025 red.
Jelenia Góra - PAMIĘTA!
1-08-2025 Andrzej Powidzki
w krakowskim Archiwum...
13-08-2025 Marcin Szwaja
17  kwietnia   - piątek
18  kwietnia   - sobota
19  kwietnia   - niedziela
20  kwietnia   - poniedziałek
DŁUGOTERMINOWE:

NA SKRÓTY
  • prossoviana on-line

  • Rzeczpospolita Partyzancka 1944



  • Historia pewnego zegara, odc. 29 - praca od świtu

    tytułowy zegar (fot. zbiory autora)

    Donosy, 25-08-2016

    Rozdział VII, odcinek 29 - praca od świtu

         Pracownicy byli w tym samym składzie, tu nic się nie zmieniło. Powoli zaczęliśmy ustawiać biurka, później szafy, a w nich układać akta. Pod względem sanitarnym było tak jak niemal wszędzie w Kazimierzy Wielkiej. Nie było wody bieżącej, a zatem i kanalizacji, a ogrzewanie było piecowe. W każdym pokoju jeden piec, nie wiem dlaczego koloru zielonego. Dobrze, że chociaż w tych wszystkich piecach, które nas ogrzewały, począwszy od Gromadzkiej Rady w Donosach, chciało się palić, to znaczy powiem jaśniej, dobrze się paliło, czyli jeszcze jaśniej, cuch był dobry. Węgiel czarny jak smoła, nie zawsze dobrej jakości palił się jednak dobrze, ogrzewając nasze ręce, abyśmy mogli w nich utrzymać nasze narzędzia pracy, którymi były długopisy.

         Przewodniczącym był nadal Marian Pietrzyk, a sekretarzem gminy Kazimierz Oleś. Do zadań gminy należało prowadzenie ewidencji meldunkowej, inkasowanie podatków za pośrednictwem sołtysów, wymierzanie i egzekwowanie obowiązkowych dostaw, prowadzenie pracy z rolnikami przez agronomów pracujących w gminie, przede wszystkim prowadzenie szkoleń w celu poprawienia wydajności plonów rolnych i hodowli. Jak zapamiętałem jakie plony zbierali rolnicy w latach sześćdziesiątych, a jakie w latach dziewięćdziesiątych, to jak przysłowiowe "niebo a ziemia". Do lat dziewięćdziesiątych wydajność plonów rolnych wzrosła przynajmniej trzykrotnie i w hodowli też. Gmina nadal prowadziła budowę dróg gminnych, które były niesamowicie zaniedbane, a przy naszych rędzinach i czarnoziemach nawet do pola trudno było dojechać. W związku ze statutową działalnością Gromadzkiej Rady i kontaktu z rolnikami odbywało się na wsiach wiele zebrań i szkoleń, jak już wyżej wspomniałem, które obsługiwali również pracownicy Gminy.

    pracownicy gminy na wycieczce z rodzinami - wiosna 1975 r. W dolnym rzędzie, pierwszy z prawej Naczelnik Tadeusz Radziszewski (fot. zbiory autora)

         Bardzo ciekawa i pasująca do tamtej chwili była ballada nieznanego autora o ojcu urzędniku, jego małym synku i matce, żonie, która śpiewana na towarzyskich spotkaniach wyciskała z oczu łzy. Balladę tę prezentuję na końcu tego odcinka.

         I tak było zaledwie do roku 1975, w którym to zostały zlikwidowane powiaty. Po ich zlikwidowaniu nastąpiły także zmiany w niższych szczeblach. Zostały zlikwidowane Gromadzkie Rady Narodowe, a powstały Gminy i Gminne Rady Narodowe. Na czele gminy stanął Naczelnik, którym został Tadeusz Radziszewski zam. w Kazimierzy Wielkiej. Zaszła też zmiana na stanowisku sekretarza, a został nim Stanisław Ściupider zamieszkały w Dobiesławicach, natomiast dotychczasowy sekretarz Kazimierz Oleś przeszedł też na sekretarza, ale Miejskiej Rady Narodowej, która mieściła się po przeciwnej stronie ulicy, na której mieściła się Gmina.

         Wtedy też zmieniło się rozmieszczenie stanowisk w poszczególnych pokojach. Ja opuściłem służbę rolną, z którą urzędowałem przez kilka lat i zająłem pokój wspólnie z sekretarzem gminy. Sekretarz Stanisław Ściupider chłop poczciwy, ale lepiej mi było ze służbą rolną, chociażby nawet przez to, że był moim przełożonym i nie lubiłem, jak mi się wydawało, że patrzy mi na ręce. Wraz ze mną przewędrował również, ma się rozumieć, zegar, który powiesiłem na gwoździu, który tym razem trzeba było wbić nad drzwiami wejściowymi do naszego pokoju.

         W tym też czasie przydzielono do księgowości budżetowej drugi etat, czyli mówiąc prościej dostałem po raz pierwszy pracownika do pomocy. Był nim Jerzy Macuga, który wcześniej pracował w Urzędzie Powiatowym. Łazienkę oczywiście mieliśmy urządzoną jak w poprzednich siedzibach, a składającą się z miednicy, taboretu i wiadra. Natomiast za ważniejszymi potrzebami chodziliśmy na pole. Ze względu na to, że budynek w którym zajmowaliśmy pomieszczenia na gminę był bardzo duży, miał też wielu lokatorów, zatem i potrzeby wybudowania więcej oczek na ten cele były oczywiste. My mieliśmy przydzielone jedno z nich, zamykane na kłódkę. Nikt, kto nie miał udostępnionego klucza, nie miał prawa z niego korzystać, co owocowało tym, że sprzątaczka miała dużo lżej.

    budynek w którym mieściła się Gmina, wejście z lewej (fot. zbiory autora)

         Gmina miała do obsługi finansowej wszystkie Szkoły Podstawowe na terenie wiosek należących do naszej gminy, a było ich dość sporo: w Cudzynowicach, Kamyszowie, Gabułtowie, Zagorzycach, Zięblicach, Kazimierzy Małej, Stradlicach, Słonowicach, Kamieńczycach i Gunowie Kolonii. Trzeba przyznać, że prowadzenie księgowości chociażby samych tylko szkół, jak na jedną osobę, było ponad moje siły. Wszystko musiało być zrobione na czas, gdyż goniły terminy. Co z tego, że przysługiwał urlop, kiedy nigdy nie można go było wykorzystać w tym czasie, co był zaplanowany. Urlop się brało po kawałku, ale i tak w tym czasie narosło dużo zaległości w pracy, różnego rodzaju faktur do zapłaty, delegacji. Trzeba było na czas wypłacić wynagrodzenia pracownikom i nauczycielom. Co miesiąc trzeba było robić sprawozdanie finansowe.

         Do czasu kiedy istniał powiat, zanosiło się je do powiatu i składało w Wydziale Finansowym, a po jego zlikwidowaniu trzeba było składać osobiście i w wyznaczonym terminie w księgowości Wydziału Finansowego Urzędu Wojewódzkiego w Kielcach. O sprawozdaniach i ich dowożeniu do Kielc napiszę w dalszej części moich wspomnień. Czasu na to wszystko brakowało, więc trzeba było zostawać po godzinach, albo przychodzić dużo wcześniej rano przed pracą.

         Pamiętam te dnie, kiedy wstawałem latem, gdy ledwo się rozwidniło, ubrałem się w pośpiechu, nawet się nic nie napiłem, żeby nie tracić czasu i jechałem do gminy do pracy. A czym jechałem? Miałem motorower Komar, na który wsiadałem i gnałem do mojej "ukochanej" pracy. Miałem klucz od drzwi wychodzących na podwórze, gdzie wchodziłem furtką w ogrodzeniu, która na szczęście bywała otwarta. Na podwórzu jednak królował wielki pies, którego głos już budził grozę. Przechodziłem wolniutko przez furtkę prowadząc motorower, a pies do mnie, to doskakiwał, to odskakiwał, na szczęście nie atakował. Idąc pomału dochodziłem do drzwi, stawiałem motorower na nóżkach przy samych drzwiach, wkładałem kluczyk do dziurki w drzwiach, przekręcałem i wskakiwałem do środka.

         Wtedy byłem panem sytuacji i wtedy dopiero poczułem jak obfity pot spływa mi po skroniach i czole, aż do oczu, a bujne jeszcze wtedy włosy, które wcześniej stały dęba wolno opadają na moją czaszkę. I tak było zawsze, kiedy o świcie tamtędy wchodziłem, gdyż pies w nocy nigdy nie był uwiązany. W tym czasie już było widno, bo latem o godzinie piątej jest już dzień. Taką cenę musiałem ja płacić za awans na stanowisko głównego księgowego, natomiast mnie płacono tysiąc złotych miesięcznie. Okrągły tysiąc, ponieważ podatku od wynagrodzenia wtedy nie było ani też innych potrąceń, za wyjątkiem dobrowolnej składki na dodatkowe ubezpieczenie, która wynosiła 30 złotych.

         Gdyby mi przyszło teraz wchodzić tam od podwórka wprost na tego szczekającego swoim barytonem psa, nigdy bym tego nie zrobił. Człowiek młody nie zdawał sobie sprawy, że ten pies mógłby mnie rozszarpać na kawałki zanim by ktoś cokolwiek usłyszał. Pomimo, że z pewnością trochę rozpoznawał moją sylwetkę, ponieważ w podwórze chodziło się do ubikacji, to jednak nie na tyle długo, żeby się zaprzyjaźnić.

    Ballada o ojcu kalkulatorze

    Na Górnickiego koło Dantesu
    W maleńkim domu z remontu
    Mieszkał tam sobie Ignacy Pliszka
    Z żoną i dzieckiem od frontu.

    I żyć by mogli szczęśliwi tacy
    Jak polne kwiaty na łanie,
    Ale Ignacy nie wracał z pracy,
    Bo zawsze miał ważne zebranie.

    Żona z obiadem czeka wieczorem,
    Łzy płyną z dani jej mięsnej,
    Cóż z moim ojcem kalkulatorem
    Skarży się dziecię nieszczęsne.

    Wystygła zupa, zasnęło dziecię
    Zbladła twarz matki okrągła,
    Wrócił Ignacy rano o trzeciej,
    Bo się dyskusja przeciągła.

    Więc ona jego błaga w tej męce
    Mężu mój ślubny Ignacy,
    Nie chodź już więcej na te zebrania
    Wracaj do domu po pracy.

    On na kolana przed nią się rzucił
    Pierś męska wszczęła mu łkanie,
    Ale jak poszedł, to już nie wrócił,
    Bo znów miał ważne zebranie.

    Aż dnia pewnego nagle w tym biurze
    Drzwi otwierają się ciężkie
    Na progu staje dziecię nie duże
    Ze łzami w oczach płci męskiej.

    Stoi i stoi biedne malczysko
    Na wszystkie patrząc się strony,
    Który, ach który Ignacy Pliszka,
    Który mój ojciec rodzony?

    Trzy lata żyję już na tym świecie
    I smutek mi serce toczy,
    A jeszczem dotąd nieszczęsne dziecię
    Ojca nie widział na oczy.

    O jakiż płacz się zrobił w tym biurze
    Kobiety mdlały na sali,
    A ojciec z synem jak te dwie róże
    Bez przerwy się całowali.

    Ale się wkrótce musieli rozstać,
    Rzekł ojciec synu kochanie
    Wracaj do domu ja muszę zostać,
    Bo znów mam ważne zebranie.

    Autor nieznany

    cdn.

    Zdzisław Kuliś   


    idź do góry powrót

     
    strona redakcyjna

    regulamin serwisu

    zespół IKP

    dziennikarstwo obywatelskie

    legitymacje prasowe

    wiadomości redakcyjne

    patronat medialny

    kontakt z redakcją

    archiwum
     
    reklama w IKP

    szczegóły

    ceny




    ogłoszenia

     
    copyright © 2016-... Internetowy Kurier Proszowski; 2001-2025 Internetowy Kurier Proszowicki
    Nr rejestru prasowego 47/01; Sąd Okręgowy w Krakowie 28 maja 2001
    Nr rejestru prasowego 253/16; Sąd Okręgowy w Krakowie 22 listopada 2016

    w nagłówku i stopce portalu wykorzystano zdjęcia autorstwa Damiana Króla - DZIĘKUJEMY!
    w nagłówku panorama Koniuszy, natomiast w stopce głowice kolumn (wejście na teren kościoła w Proszowicach od strony rynku)

    KONTAKT Z REDAKCJĄ