A jednak, muzyka łączy pokolenia...

ulica Złoty Róg z kawiarnią o tej samej nazwie (fot. Marcin Szwaja)


Kraków, 15-05-2026

     Głośna muzyka od zawsze stanowiła problem międzysąsiedzki. Potężne bity basowe emitowane z głośników działają denerwująco na wrażliwe ucho odbiorcy. Dodatkowy stres nasila się, gdy nie akceptujemy tego rodzaju melodii typu techno, have metal, czy dance, bo przecież każdy z nas ma swoje, ulubione nurty muzyczne, w których dobrze się czuje. Ale są wyjątki od tej surowej reguły, gdzie o dziwo istnieje ludzka akceptacja na hałasowanie.

     Taka wspólna symbioza panuje na ulicy Złoty Róg w krakowskich Bronowicach. I oto tam, w ciasnej zabudowie domków jednorodzinnych, od lat działa kawiarnia&bar z prezenterem muzycznym. Ów DJ w sobotnie lub niedzielne popołudnia karmi także tą nie za cichą muzyką okolicznych mieszkańców. I choć to spokojny zaułek miasta, wszyscy się nawzajem szanują i nie obserwuje się tutaj interwencji policji lub straży miejskiej.

     Może sama nazwa ulicy działa łagodząco, bo każdy przywiązany jest do historii i wątku z dramatu Stanisława Wyspiańskiego pt. "Wesele". Z jednym z aktów pojawia się legendarny lirnik kozacki i wróżbita, o imieniu Wernyhora, który: Daje gospodarzowi złoty róg-sygnał do walki,każe zgromadzić lud przed kościołem i czekać do świtu, kiedy to wszystko się rozpocznie. Gospodarz, początkowo pełen zapału, daje Jaskowi złoty róg, ważny symbol niepodległości i czynu narodowego, który zostaje zgubiony przez próżność a Jasiek wraca po czapkę z pawim piórem, którą upuścił i gubi róg...

     Postać Wernyhory jest także zwiastunem pojednania chłopsko - mieszczańsko - inteligenckiego. I może w tym tkwi sekret polskiej jedności: bez kłótni, donosów, wyzwisk i itp...?

ulica Złoty Róg z kawiarnią o tej samej nazwie (fot. Marcin Szwaja)

     Należy też zaznaczyć w tym przedstawieniu ważną rolę naszego krajana z Proszowic-Stańczyka. On po wielu latach niebytu doczekał się grupy osób, które chcą za symbolizować jego pochodzenie w miasteczku nad Szreniawą.

     Sam bym nie uwierzył, że tak się da żyć pokojowo nawet w mieście, takim jak Kraków. Czuć spokój, gdzie prawie każdy jest w domu, zajęty swoi życiem a nie narzekaniem. Takie pozytywne zjawisko społeczne dane mi było doświadczyć w wolną sobotę, dwudziestego września na siódmych urodzinach Parku Bronowickiego.

     Porównując do moich czasów młodzieńczych, to takiej wyrozumiałości nie było. Pamiętam, że w domu rodzinnym i na wiosce był szczególny rygor na emitowanie głośnej muzyki. Zawsze, był jeden i ten sam tekst: "Że ludzie będą się denerwować i komentować w niedzielę w domach czy pod kościołem...". Zawsze była ta presja sąsiadów, ale jakoś moją muzykę akceptowali, bo ona mi dawała dużo pozytywnych emocji. Więc była dla mnie bardzo istotna w niełatwym życiu. Jednak taki to był urok czasów niby "po komunie" i poniekąd teraz niewiele się zmieniło w tym temacie na lepsze. Co poradzić, jak zawsze miałem sporo pomysłów, żeby ominąć te zakazy i jakoś nikt na tym psychicznie nie ucierpiał. Ale to dłuższa historia i będzie zawarta w moje autobiografii. Jednak tam na wsi i tu w mieście, przyznam szczerze, że muzyka łączy pokolenia.

Marcin Szwaja   

Materiał pochodzi z portalu Internetowy Kurier Proszowski (https://www.24ikp.pl)

Zapraszamy!