Proszowice, moja młodość - życie po maturze
odc. 9

radioodbiornik Stolica (fot. pl.wikipedia.org)

Proszowice, 20-06-2023

Warszawa, akademik na Górnośląskiej i Grójeckiej
odcinek 9

     Akademik przy ul. Górnośląskiej, bo w nim nadal wówczas mieszkałem, znajduje się blisko ulicy Myśliwieckiej, na niej w latach pięćdziesiątych znajdowały się zabudowania związane z Polskim Radiem. Były to studia nagraniowe i domy mieszkalne, w których mieszkali pracownicy radiofonii. Dowiedziałem się o tym w Proszowicach, tu bowiem prof. Błażej Dziedzic miał córkę Jadwigę, która wyszła za Andrzeja Pruskiego, syna naszego szkolnego lekarza.

     Pan Andrzej był już wtedy realizatorem akustycznym i reżyserem audycji w Polskim Radiu, jego nazwisko pojawiało się coraz częściej w słuchowiskach, których chętnie słuchaliśmy, telewizja w tych latach jeszcze nie była popularna i nie zatruwała nam odbioru reklamami! Na zakończenie wielu słuchowisk radiowych podawano wówczas informację: "realizacja Andrzej Pruski". To nazwisko stawało się znane, nic więc dziwnego, że gdy byłem na Wszystkich Świętych w Proszowicach i prof. Dziedzic zwrócił się do moich rodziców z pytaniem, czy jako prawie sąsiad młodych Pruskich, nie podrzuciłbym im od niego z Proszowic paczki z żywnością, zgodziłem się z ochotą.

     Paczka była ciężka, składała się z dużego kawałka boczku i kilkukilogramowej wędzonej szynki. Po powrocie do Warszawy zaniosłem ją następnego dnia w południe do adresatów. Była to niedziela, pan Andrzej jeszcze spał po nocnych nagraniach, ale na wiadomość co paczka zawiera szybko się obudził. Przyjęli mnie miło, wypiłem herbatę, pogadaliśmy i powróciłem do siebie na Górnośląską. W następnym roku po wakacjach dostałem przydział mieszkania już w innym miejscu, był to Dom Akademicki przy pl. Narutowicza.

     Działał w nim dobrze funkcjonujący radiowęzeł którym kierował Witold Stefanowicz, później zrobił on znaną karierę telewizyjną w stanie wojennym, na razie był zwykłym studentem. Zgodził się żebym spróbował nakręcić audycję w radiowęźle na Dzień Kobiet, mieliśmy połączenie z D.A. na blisko położonej ul. Kopińskiej, gdzie były zakwaterowane dziewczęta z Politechniki, więc słuchalność było zapewniona. Zaprosiliśmy do studia Stefana Wiecheckiego, odczytał z humorem swój felieton z okazji Dnia Kobiet a my dodaliśmy coś w rodzaju małego słuchowiska o tym, jak obchodzą ten dzień w walczącej z kapitalizmem Indonezji. Wykorzystaliśmy w tym celu obecność grupy studentów indonezyjskich, którzy odśpiewali kilka melodyjnych piosenek w ich języku.

     Efekty akustyczne takie jak plusk morskich fal i strzały słusznie walczących o wolność narodów Indonezji były nagrywane w pomieszczeniu łazienkowym w którym odgłos płynącej wody i strzały były symulowane przy pomocy celuloidowej linijki uderzającej o drewnianą ścianę oraz pluskaniem wody płynącej w zlewie. Poznałem wówczas, że dobrze ustawiony mikrofon może udawać każdą rzeczywistość! Dalszy mój rozwój w dziedzinie akustycznej realizacji audycji został powstrzymany przez nadchodzącą sesję egzaminacyjną, wydaje mi się, że polska kultura nie poniosła zbyt wielkiej straty z tego powodu a ja zaliczyłem kolejny semestr studiów. Po wakacjach dostaliśmy zakwaterowanie w D.A. przy ulicy Grójeckiej 39 który znajdował się w dużym kompleksie akademików Politechniki przy pl. Narutowicza.

     To wtedy zaczęło się nasze prawdziwe studenckie życie. Mieszkaliśmy w dwuosobowym pokoju z kolegą Józkiem L., który pasjonował się fotografią. Cały lokal był więc podporządkowany temu pięknemu hobby mojego współlokatora, który z dwu szaf i kilku desek kreślarskich zbudował sobie ciemnię fotograficzną. Ponieważ ja także miałem swojego konika więc pokój był zapakowany "po pachy" koreksami i innymi kuwetami do fotografii oraz kolbami do lutowania i zasilaczami do moich prac radio-amatorskich. Całe drugie piętro było zajęte przez studentów łączności z naszego roku, większość miała dodatkowe zainteresowania, ale nie przeszkadzały one studiom zawodowym.

     Oczywiście zdarzały się wyjątki, jeden z kolegów mimo, że nie miał żadnych zainteresowań radiotechniką, po maturze zdał egzamin wstępny na łączność tylko dlatego, że był bardzo dobry z matematyki. Po zdaniu matury pracował przez rok w rodzinnym warsztacie stolarskim, gdzie opanował doskonale politurowanie mebli, rodzina kazała mu jednak iść na wyższe studia - wybrał więc Łączność. Jego czas miał dopiero nadejść. W każdym pokoju naszego piętra coś się działo oprócz normalnego toku studiów, tematyka była głównie związana z radiotechniką.

     Był to czas gdy w sklepach pojawiały się przystawki do gramofonów pozwalające wykorzystać ruch tarczy i silnik posiadanego gramofonu do napędu głowicy magnetofonowej pozwalającej nagrywać i odtwarzać audycje na taśmie. Posiadacze tego sprzętu byli rozchwytywani na towarzyskich spotkaniach, szczególnie wtedy gdy mieli nagrania zachodnich zespołów muzycznych i muzyki tanecznej! Nasi przedsiębiorczy koledzy natychmiast włączyli się w czynny nurt działalności magnetofoniarzy.

     Np. do ulubionych zabaw należały różnego rodzaju podróbki zachodnich audycji radiowych. W okresie lata, gdy okna akademika były otwarte na ulicą Grójecką, dowcipni studenci odtwarzali nagrany poprzedniego dnia hejnał z Kościoła Mariackiego w Krakowie z głośników słyszanych na całej ulicy - problem polegał na tym, że hejnał był przez nas nadawany np. kwadrans przed dwunastą! Trzeba było widzieć przechodniów ze zdziwieniem spoglądających na zegarki i przyspieszających kroku, wszyscy chcieli zdążyć do celu. Jeszcze lepsze efekty dawało połączenie popularnej wtedy rozgłośni Radia Luksemburg z polskimi orkiestrami nadającymi muzykę taneczną. Ponieważ znajomość języka angielskiego w tych czasach nie była tak powszechna jak dzisiaj, nikogo nie dziwiła pozorna zapowiedź przez luksemburskiego spikera występu naszych zespołów np. Orkiestry Mandolinistów Edwarda Ciukszy lub Orkiestry Tanecznej Polskiego Radia kierowanej przez Jana Cajmera. Wystarczyło zlepienie odpowiednich kawałków taśmy magnetofonowej, a to właśnie najbardziej lubili moi koledzy z drugiego piętra. Oczywiście choćby mnie nie wiem jak zmuszano do ujawnienia autorów sklejenia zapowiedzi Radia Luksemburg z Radiem Wolna Europa, która nadawała wiadomości dobre czy złe ale zawsze prawdziwe, to nie ujawnię z których pokojów przedostawały się one na ulicę Grójecką i bawiły przechodniów.

     Na I oraz II roku większość zajęć stanowiły wykłady, kończyły się one egzaminami pisemnymi i ustnymi, bywało ciężko, dopiero na III roku głównymi naszymi zajęciami były ćwiczenia praktyczne i laboratoria. Mieliśmy również praktyki w przemyśle radiowym, głównym miejscem były Zakłady Radiowe im. Kasprzaka, w których produkowano w systemie taśmowym większość radioodbiorników krajowych np. "Stolica" zasilana z sieci prądu zmiennego.

     Na taśmę dostarczano zestawy części, załoga [w tym praktykanci] montowali z nich podzespoły i całe odbiorniki, na końcu były one dostrajane i uruchamiane w postaci końcowego wyrobu, którym był gotowy radioodbiornik. Często zdarzało się tak, szczególnie w początkowym etapie rozpoczynania nowej produkcji, iż z wprowadzonych na taśmę podzespołów nie uzyskiwano 100% sprawnych odbiorników. Mimo starań zawsze były pojedyncze egzemplarze, których po pełnym cyklu montażowym nie udawało się uruchomić, taśma szła dalej a te odporne na poprawki szły do tzw. izolatora braków i do złomowania. Takie były prawa ekonomiki produkcji. Oczywiście praktykujący w zakładzie studenci mieli i na to pomysły, z odpadów zawsze można było wycisnąć coś sprawnego. Pewnego dnia przed nasz akademik podjechała duża ciężarówka wyładowana takimi właśnie odpadami, błyskawicznie zostały one rozdysponowane między chętnymi, po kilka kompletów na pokój. Już po kilku dniach zaczęły działać pierwsze odbiorniki zmontowane ze złomowanych części! Wszyscy koledzy chodzili dumni, w końcu daliśmy radę opornej materii.

radioodbiornik Stolica wnętrze (fot. pl.wikipedia.org)

     Nawet drewniane skrzynki radioodbiorników sponiewierane transportem nabierały koloru i wyglądu świeżości w rękach kolegi stolarza. W jego pokoju pachniało spirytusem denaturatem i szelakiem jak w prawdziwym warsztacie stolarskim. Wybrakowane skrzynki w jego rękach nabierały życia a praca elektroników powodowała, że ze złomu otrzymywaliśmy pełnowartościowy produkt. Doświadczenie jakie zdobyliśmy przy "reanimacji" złomowanych odbiorników nadało nam pewności, uwierzyliśmy, że potrafimy w sposób fachowy nareperować także radioodbiorniki innego typu. Niektórzy z nas potrafili to z resztą już wcześniej. Stąd już tylko jeden krok do współpracy ze Spółdzielnią Studencką, która mieściła się w naszym gmachu i nazywała się "Maniuś".

     Jej zakres działania był dość szeroki, od korepetycji i sprzątania aż do reperacji odbiorników i telewizorów w czym przodowali właśnie studenci naszego wydziału. Powodzenie w działalności spółdzielczej wspomagało studentów materialnie, ale niestety kolidowało z konieczną systematycznością studiów, była to już jednak całkiem inna historia.

Włodzimierz Zbieranowski   

Artykuł pochodzi ze strony: Internetowego Kuriera Proszowskiego
Zapraszamy: https://www.24ikp.pl/info/prossoviana/online/zbieranowski_mlodosc/20230620akademik/art.php