Proszowice, moja młodość
odc. 5

(fot. ikp)

Proszowice, 24-09-2022

Proszowice 1946-51 - Początki w Proszowicach
odcinek 5

     Wyjazd z Krakowa nastąpił kilka dni po zakończeniu roku szkolnego, odebraliśmy z Andrzejem świadectwa ukończenia roku szkolnego 1946/47 i po spakowaniu naszego skromnego dobytku wyruszyliśmy samochodem ciężarowym do Proszowic. Rodzice siedzieli z kierowcą w szoferce a my z Andrzejem na skrzyni z tobołkami, podróż traktowaliśmy jak wyjazd na wakacje, do przenosin byliśmy zresztą przyzwyczajeni, te różniły się jednak od dawniejszych, byliśmy bowiem w rodzinnym komplecie! Nazwy mijanych miejscowości były dla nas ciekawe; Kocmyrzów, Posądza, Biórków i wreszcie PROSZOWICE.

Wjeżdżamy od strony Małego Rynku, przed kościołem skręcamy w prawo i jazda prosto drogą z kocich łbów, po chwili natykamy się na szlaban za którym mały parowozik PKP przetacza wagoniki, chwilę czekamy i wreszcie wolny przejazd - po kilometrze znajdujemy nasze nowe mieszkanie w domu p. Migasa na Zagrodach.

wówczas dom p. Migasa (wtedy jeszcze nieotynkowany), pierwsze miejsce pobytu rodziny Zbieranowskich, mieszkali na I piętrze
(źródło: google maps)

     Wchodzimy na pierwsze piętro, całe jest do naszej dyspozycji. Mama przygotowuje obiad a my z Tatą budujemy łóżka z desek oraz napychamy słomą sienniki, idzie nam to sprawnie. Tato jest zaskoczony, że potrafię posługiwać się podręcznymi narzędziami, dopiero po jakimś czasie zdaje sobie sprawę, że ma dorastającego syna a w czasie gdy był w niewoli to ja wykonywałem w domu wszystkie męskie prace. Nawet mały Andrzej nam pomaga jak umie najlepiej. Tato wygospodarowuje sobie kąt na pracownię kreślarską pod oknem w kuchni, jest tam wszystko co trzeba mierniczemu do pracy w domu. Oczywiście rodzinka nie może mu w pracy przeszkadzać o czym zostaliśmy srogo uprzedzeni.

     W najbliższą środę idziemy wszyscy na rynek, tam Mama kupuje różne brakujące garnki, żywność i odzież, a my z bratem kupujemy od razu worek ponad 10 kg gruszek, słodkich, pachnących jak miód. Jemy je bez przerwy, aż do następnej środy, kiedy to znów idziemy na targ itd. i tak przez całe lato. Miesiące wakacji mijają szybko, pewnego dnia Tato oznajmia, że zapisał nas obu do szkoły, mnie oczywiście do VIII klasy już w gimnazjum.

     Znowu jestem nowym uczniem ale już nie tak jak dotychczas, większość kolegów zna się ze szkoły powszechnej, ale nowych jest kilku. Lekcje odbywają się w Rynku w budynku, w którym dawniej był sklep z artykułami żelaznymi. Wyjście z klasy było bezpośrednio na rynek. W dnie targowe (chyba środa) gromadziło się tam wiele furmanek, których właściciele sprzedawali i kupowali wszystko to co można było nabyć na jarmarku. Dla nas uczniów najważniejsze były jednak stoiska przekupniów, którzy rozkładali je wzdłuż chodnika w pobliżu restauracji Kubackiego. Wielu z nich tam właśnie kończyła swój dzień pracy!

     Szczególnie jeden z nich wykazywał się dużą pomysłowością przy reklamowaniu swojego towaru. Na stoisku miał małą walizeczkę pełną łańcuszków i medalików z aluminium, reklamował je tak: "Ludu Proszowic! Sam Ojciec Święty pobłogosławił te medaliki i prosił abym je przekazał mieszkańcom waszego miasta! Bieżcie je za darmo! A kto ma Boga w sercu niech złoży ofiarę do tej puszki!" Oczywiście lud był pobożny, puszka wkrótce była pełna a ja zupełnie przypadkowo, już późnym popołudniem będąc na rynku, widziałem go jak wlokąc swoją walizkę, chwiejnym krokiem opuszczał gościnne progi restauracji.

     Były jeszcze dodatkowo inne powody naszego zainteresowania jarmarkiem, na dużej przerwie szybko wybiegaliśmy na rynek i tam kupowaliśmy różowe pomadki i krówki, były to cukierki domowej roboty. Dbaliśmy także o naszych wychowawców, jeden z uczniów, Jurek Skalski sam dostarczał sporo rozrywki wesołym uczniom i udręczonym nauczycielom.

     Pewnego dnia wprowadził z rynku na lekcję rogatą kozę, która spłoszona nie dawała się wypędzić z klasy a innym razem, gdy kolejny raz został usunięty z lekcji za złe zachowanie, szperając w piwnicy znalazł ukryty tam niemiecki pistolet maszynowy i wpadł z nim do klasy ku przerażeniu wszystkich! Jak się to skończyło - nie pamiętam, następne wydarzenie przyćmiło moją pamięć.

     Oprócz cukierków na rynku można było kupić np. korkowce i korki do nich. Naboje były pakowane w paczki po sześć sztuk, kupowali je oczywiście ci, którzy już mieli korkowce. Do takich właśnie należał siedzący w pierwszej ławce nasz kolega (chyba Galus). Po zakupieniu korków, całą paczkę ukrył dla bezpieczeństwa w kieszeni spodni. Podczas lekcji przyrody niecierpliwie czekał, aż nastąpi przerwa i drapał je delikatnie paznokciem. Niestety korki tego nie wytrzymały i cała paczka w kieszeni wybuchła! Huk był potężny, kolega siedział jak sparaliżowany, był przeraźliwie blady, a z rękawów i nogawek spodni wydobywał się siwy dym, w całej klasie pachniało siarką. Byliśmy w klasie przekonani, że wyciągniemy z ławki ciało bez ręki i nogi.

     Pani profesor biologii, która w tym momencie właśnie podchodziła do tablicy zatrzymała się jak ptak w locie, zbladła i włosy obfitej fryzury zaczęły się jej podnosić na głowie - po chwili opadły, a ja uświadomiłem sobie, że takie zjawisko widzę po raz pierwszy w życiu! Ciało kolegi ku zdumieniu wszystkich wstało o własnych siłach, okazało się, że ma on tylko lekko oparzoną nogę, najbardziej ucierpiały spodnie sprawcy, miały wyrwaną dużą dziurę na wysokości kieszeni a korki oczywiście przepadły.

     Jak widać profesorowie nie mieli z nami łatwego życia, próbowali różnymi sposobami utemperować rozbrykaną klasę, nie zawsze się to udawało, ale próby były. Pan profesor Dziedzic, wychowawca naszej klasy miał wypracowany sposób na nasze temperamenty. Na lekcjach wychowawczych obdzielał nas karami, do których należała kara uniwersalna "pięćdziesiąt wierszy z Pana Tadeusza", ponieważ nie zawsze pamiętał kto był karany to niektórzy mieli już wyuczony odpowiedni fragment na zapas. Najczęściej był to wstęp do naszego wielkiego poematu: "Litwo! Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie...".

     Po zakończeniu roku szkolnego 1947/8 wakacje były wyjątkowo obfite w wydarzenia. Wycieczka po kraju z grupą starszych uczniów, w której znalazłem się jako najmłodszy, kierowana przez ks. Sadaja naszego katechetę, pozwoliła zwiedzić mi ogromną część Polski. Na ponad miesięczną wędrówkę wyruszyliśmy z Proszowic w pierwszej połowie lipca w składzie: Krysia Petrowicz, Krysia Korflówna, Irka Guzikówna, Dzidek Kaczmarczyk, Rysiek Ciepielewski, Włodzimierz Zbieranowski i na czele ks. Stefan Sadaj.

     Wędrowaliśmy z plecakami pieszo, koleją, w górach kolejką linową, także autobusami PKS i autostopem. Wędrówkę rozpoczęliśmy od Krakowa, następnie dojechaliśmy pociągiem PKP do stacji Wojaszówka na trasie Kraków - Krosno. Dalej na piechotę jak prawdziwi turyści, plecaki ciążyły nam mocno, po kilku kilometrach już czuliśmy solidne zmęczenie - kondycja miała dopiero nadejść. Ksiądz Sadaj był doświadczonym turystą, ułożył nam program wycieczki świetnie, miał też ułatwienia wynikające z tego, że jako kapłan miał zawsze pomoc na plebaniach, życzliwość i noclegi dla całej grupki na trasie wycieczki mieliśmy zapewnione.

     Mimo, że od zakończenia wojny minęło już kilka lat, w wielu częściach kraju widać jeszcze było jej skutki. W jakimś miejscu koło Krynicy, przechodziliśmy w pobliżu zburzonej cerkiewki a ludzie przez nas spotkani na drodze uciekli pośpiesznie widząc grupę nieznanych osób z tornistrami na plecach, widać wyglądaliśmy groźnie. Trudno im się dziwić, nasz sprzęt turystyczny był przeważnie pochodzenia wojskowego. Ja np. miałem niemiecki pas, tornister wojskowy i manierkę.

     W obszarze tzw. Przełęczy Dukielskiej sami przeżyliśmy nieoczekiwanie trudny moment. Koło Żmigrodu na brzegu lasu, saperzy rozminowujący jeszcze w tym czasie kolejny skraj leśnego obszaru wyprowadzili nas na spokojny teren i pozwolili nam zrobić z nimi wspólne zdjęcie. Przed odejściem chwilę pogadaliśmy i zauważyli, że przyglądamy się ciekawie dziwnym jasnym drzazgom, których było pełno na trawie. To są kości ludzkie i końskie wyjaśnili ku naszemu zaskoczeniu. Pogodny nastrój znikł... O wielkiej bitwie o przełęcz dukielską wiedzieliśmy wówczas niewiele.

okolice przełęczy dukielskiej 1948 rok, wakacyjna wycieczka
(fot. zbiory autora)

     W tej części Polski zwiedziliśmy wiele ciekawych miejsc, pamiętam niektóre z nich: Bóbrka z muzeum Łukasiewicza, Odrzykoń z zamkiem Fredry, Rymanów, później w pobliżu Szczawnicy: przełom Dunajca, Trzy Korony, Czorsztyn i in. Pamiętam, że w Starym Sączu w restauracji na rynku zjedliśmy obiad, nie byłoby w tym nic niezwykłego gdyby nie to, iż na drugie danie dostaliśmy kotlet mielony, którego smak i wielkość pamiętam do dziś. To były czasy gdy kotlet mielony składał się z mięsa! Nie jakichś resztek zlepionych nie wiadomo czym.

wycieczka, Odrzykoń (fot. zbiory autora)

     W dalszej wędrówce zaszliśmy do Piwnicznej, tam odwiedziliśmy pana Stanisława Palucha, który był sekretarzem Gminy. Nie dawno pełnił tę funkcję w Proszowicach, przyjął nas bardzo serdecznie w swoim gabinecie. Osobiście go nie znałem ale Tato wspominał to nazwisko z opinią, że w proszowickiej gminie ubył ktoś cenny. Ksiądz Sadaj znał go dobrze, byliśmy potraktowani bardzo życzliwie, pani która prowadziła sekretariat spytała nas czy wszyscy pijemy kawę? Ja odpowiedziałem, że proszę o herbatę. Nie rozumiałem jak człowiekowi może smakować ta czarna lura.

     W Zakopanem zatrzymaliśmy się dłużej, byliśmy pod Krzyżem na Giewoncie, przeszliśmy Czerwone Wierchy i Zawrat, przejechaliśmy kolejką linową na Kasprowy, byliśmy w Morskim Oku, a na polanie, gdzie pasło się wiele owiec, której nazwy niestety nie pamiętam, ks. Sadaj spotkał znanego mu z dawnych czasów bacę, który poczęstował nas wspaniałą żentycą. Góralom towarzyszył piękny podhalański owczarek, który cały czas obserwował pobliski skraj lasu a miał powody - przed paroma dniami rankiem wilk porwał tam owcę!

tatrzańska hala (fot. zbiory autora)

     W Beskidach zwiedziliśmy Wisłę i Babią Górę, a następnie przez Cieszyn i Wadowice dotarliśmy do Wrocławia w 1948 r. odbywała się tam Wystawa Ziem Odzyskanych w odnowionej po wojnie Hali Ludowej. Były na niej prezentowane różne osiągnięcia którymi PRL mogła się po wojnie pochwalić. Zwiedziliśmy ją w całości. Niestety ja okazałem się mało podatny na głębsze treści Wystawy, zapamiętałem tylko maszynę, która umieszczone w zbiorniku nadziewane (grylażowe) cukierki automatycznie zawijała w papierek i kierowała je do dużego pudła z którego można je było brać i jeść na miejscu! Dla łakomczuchów była to wielka pokusa. Niestety tu okazało się, że mój charakter nie jest niezłomny.

wycieczka z ks. Sadajem WZO (fot. zbiory autora)

     Z Wrocławia przejechaliśmy pociągiem pośpiesznym do Szczecina, miasto było bardzo zniszczone w czasie działań wojennych, alianckie naloty pozostawiły widoczny jeszcze w tych latach ślad. Zamek Książąt Pomorskich był jedną wielka ruiną, widać było prace przygotowujące obiekt do odbudowy, pani konserwator opowiadała nam, że w gruzach znaleziono grób któregoś księcia z rozdwojonym kręgosłupem. Po obejrzeniu zamku i portu, przez Zalew Szczeciński udaliśmy się na wyspę Wolin.

     W Międzyzdrojach na zboczu wysokiej góry zauważyliśmy konstrukcję z żelaznych szyn, była to pozostała po Niemcach z czasów wojny wyrzutnia rakiet V-1 lub V-2 ukierunkowana na północny zachód. Zupełny przypadek sprawił , że stałem się świadkiem początkowego i przedostatniego etapu rozwoju tej broni przed wybuchem na terenie Wielkiej Brytanii. Widziałem bowiem próbne przeloty tych rakiet mieszkając w Bratkowicach koło trasy prowadzącej na wschód z poligonu SS w Pustkowie (odc. 3 część 1), oraz miejsce ich bojowego startu w Międzyzdrojach.

Międzyzdroje, wyrzutnia V-1 (fot. zbiory autora)

     Z okolic Szczecina przejechaliśmy pociągiem w pobliże Trójmiasta, zwiedziliśmy Gdynię i Gdańsk oraz wojenny port Oksywie i Westerplatte. Byliśmy na częściowo odbudowanym zamku w Malborku, który był dla nas świadkiem siły i klęski Krzyżaków tak barwnie opisanych przez Sienkiewicza. Z Olsztyna wywiozłem raczej niemiłe wspomnienia - tam w kinie mieszczącym się w rynku pani kasjerka nie chciała sprzedać mi biletu na film z Gerardem Phillipem, ponieważ kazała mi pokazać legitymację i okazało się, że do wieku 16 lat brakowało mi kilka miesięcy! Cała nasza grupa okazała się solidarna i zwiedziliśmy miasto omijając to kino.

     W Toruniu sprawdziliśmy czy sławne toruńskie pierniki są tak smaczne jak fama głosi. Wszystkie te, które kupiliśmy na Starym Mieście potwierdzają tę opinię w pełnym zakresie. Następne etapy wycieczki to Lublin z Zamkiem, Kielce i klasztor na Świętym Krzyżu, Kraków i Proszowice! Po powrocie dowiedziałem się, że niebawem przenosimy się do innego mieszkania, był to dom p. Gąciarza przy ul Kościuszki 46, Najważniejszą jego cechą było to, że miał działającą instalację elektryczną.

cdn.

Włodzimierz Zbieranowski   

Artykuł pochodzi ze strony: Internetowego Kuriera Proszowskiego
Zapraszamy: https://www.24ikp.pl/info/prossoviana/online/zbieranowski_mlodosc/20220924/art.php