facebook
Postępował jak trzeba
Loading

    Dzisiaj jest wtorek, 20 listopada 2018 r.   (324 dzień roku) ; imieniny: Anatola, Edyty, Rafała    
 |   serwis   |   wydarzenia   |   informacje   |   skarby Ziemi Proszowskiej   |   Redakcja   |   tv.24ikp.pl   |   działy autorskie   | 
 |   ludzie ZP   |   miejsca, obiekty itp.   |   felietony, opracowania   |   kącik twórców   |   miejscowości ZP   |   ulice Proszowic   |   pożółkłe łamy...   |   RP 1944   | 
 |   lista postaci   |   przyjaciele regionu   |   stąd pochodzili   |   "zwykli - niezwykli"   | 
 ludzie Rzeczpospolitej Partyzanckiej 1944 
 |   "katyńczycy"   | 

serwis IKP / Skarby Ziemi Proszowskiej / ludzie ZP / rp1944 / Postępował jak trzeba
O G Ł O S Z E N I A
patronaty IKP


Postępował jak trzeba
Roman Warso ps. Sęk
(ur.: 25.04.1900 - zm.: 1.10.1987)

biogram

ppor. Roman Warso ps. Sęk (fot. DP)

Proszowice, 12-09-2018

     Roman Warso pracował w policji jeszcze przed II wojną światową. Najpierw w Radomiu, później w Luborzycy, aż trafił do Proszowic. Tutaj zastał go wybuch konfliktu z Niemcami, został zmobilizowany jednak o jego służbie w Wojsku Polskim nic nie wiadomo. Do Proszowic po rozbiciu oddziału wrócił pieszo. Policja Państwowa (określana potocznie jako granatowa, ze względu na kolor noszonego przez funkcjonariuszy ciemnogranatowego munduru) została podporządkowana władzom okupacyjnym.

     Jak w każdej ekstremalnej sytuacji ludzie zachowywali się bardzo różnie, niektórzy policjanci współpracowali z wrogiem bardzo gorliwie, spełniając każde polecenie niemieckiego dowódcy, inni starali się minimalizować swój udział w prześladowaniu rodaków. Do tej drugiej grupy granatowych policjantów należy bez wątpienia zaliczyć Romana Warso.

     Ukrywający się podczas okupacji w Proszowicach pod fałszywym nazwiskiem (Władysław Józef Kulpa) pochodzący z Kościelnik Żyd Bernard Traub - Trawiński tak pisał o naszym bohaterze w swoich wspomnieniach "Przebłyski czarnej nocy": [...] Ten właśnie Warso, mimo że nosił mundur granatowego policjanta i formalnie służył Niemcom, niczym nie splamił swego dobrego imienia, powiedziałbym imienia dobrego Polaka. Świadczą o tym liczne przypadki, w których z narażeniem własnego życia starał się ratować drugich, czy to bezpośrednio, czy też pośrednio przez stosowanie biernego oporu, powodującego i ułatwiającego ucieczkę ściganej ofierze [...].

policyjna legitymacja Romana Warso z 1939 roku (fot. DP)

Zacznijmy jednak od początku

Podporucznik Roman Warso ps. Sęk urodził się w miejscowości Jastrząb koło Szydłowca 25 kwietnia 1900 r. Był synem Franciszka i Franciszki z d. Grzmil. Przed wojną w latach 1923-1939 był funkcjonariuszem Policji Państwowej. Najpierw służył w Radomiu później w Luborzycy/Kocmyrzowie i Proszowicach. Podczas służby w Luborzycy poznał swoją przyszłą żonę Mariannę Maniecką. Marianna razem z dziadkami mieszkała we wsi Wilków koło Kocmyrzowa. Po przeniesieniu Romana do Proszowic zamieszkali w domku przy ulicy Królewskiej.

     Przed wybuchem II wojny światowej został zmobilizowany, jednak o jego wrześniowym szlaku bojowym nic nie wiadomo. Gdy jego oddział został rozbity do domu wrócił pieszo. Po klęsce wrześniowej polska Policja Państwowa została podporządkowana władzom okupacyjnym.

     Bardzo szybko bo już w lutym 1940 roku zaczął działać w konspiracji NOW/ZWZ-AK. Z racji wykonywanej pracy należał do komórki WKW (wywiad i kontrwywiad) Podobwodu Proszowice "Pela" w Inspektoracie AK "Maria". Jako plutonowy policji w Proszowicach miał ułatwiony dostęp do informacji o akcjach represyjnych organizowanych przez okupantów, aresztowaniach mieszkańców z Proszowic i okolicznych wiosek, mógł także ostrzegać o zagrożeniach członków podziemia, niszczył dokumenty mogące zdemaskować partyzantów lub zaszkodzić zwykłym ludziom. Dzięki swoim działaniom ocalił życie wielu osobom, niektórzy mogli uniknąć wywózki do Niemiec, niektórzy ocalić swój majątek.

     W dalszej części artykułu przytoczę kilka opisów świadków tych działań Romana. Czytając wspomnienia uczestników tamtych wydarzeń można odnieść wrażenie, że czyta się scenariusz jakiegoś filmu przygodowego. Jednak stawką działania naszego bohatera nie było dobre ujęcie kamery, ale ŻYCIE JEGO I INNYCH OSÓB. Wtedy nie było "dubli", jeżeli popełniłby błąd to życie straciłby on i jego bliscy.

     Do konspiracji został zaprzysiężony przez oficera łącznikowego Inspektoratu w Proszowicach chorążego Bogusława Majewskiego ps. Czajka. W podziemiu działał od 1 lutego 1940 roku do 18 stycznia 1945. W jego mieszkaniu jak podaje jego zięć w specjalnie przystosowanym stole znajdował się podręczny magazyn broni. Po wojnie (w 1977 roku) ppłk Bolesław Nieczuja-Ostrowski ps. Tysiąc zweryfikował Sęka do stopnia podporucznika czasu wojny.

Za swoją działalność otrzymał odznaczenia bojowe: Krzyż Walecznych - za odwagę i męstwo, Srebrny Krzyż Zasługi z Mieczami - za całokształt pracy konspiracyjnej; oraz odznaczenia pamiątkowe: Krzyż Armii Krajowej oraz Medal Wojska (czterokrotnie).

     W lipcu 1944 roku porzucił służbę na posterunku policji granatowej i do końca wojny ukrywał się wraz z rodziną na wsi (najprawdopodobniej w okolicy Rudna Górnego), pracując dorywczo w miejskiej łaźni w Proszowicach.

Roman Warso z żoną Marianną i wnukiem Arkadiuszem [z okazji Pierwszej Komunii] (fot. DP)

     Po "wyzwoleniu" był komendantem posterunku Milicji Obywatelskiej w Koniuszy, mieszkał w Proszowicach gdzie w styczniu 1948 roku został aresztowany przez Prokuraturę Sądu Okręgowego w Krakowie, najprawdopodobniej za to, że podczas okupacji był policjantem. Jednak liczne pozytywne opinie świadków o jego bezprzykładnym bohaterstwie i altruistycznej postawie względem ludzi (bez względu na narodowość), spowodowały że prokuratura 26 lutego 1948 r. umorzyła sprawę.

     Po wyjściu z aresztu Warso zajmował się handlem zbożem, warzywami i owocami. Pracował także w centrali ogrodniczej na skrzyżowaniu ul. Brodzińskiego i 3 Maja. Nawiązał kontakt z żyjącym w Proszowicach przed wojną Żydem M.Goldsteinem, spotkali się nawet w Szwajcarii.

ppor. Sęk na proszowickim rynku (fot. DP)

Zmarł w Proszowicach 1 października 1987, spoczywa w rodzinnym grobowcu na miejscowym cmentarzu.

Poniżej kilka "akcji" Romana Warso, kiedy ratując innych ryzykował najwięcej - SWOJE ŻYCIE:

źródło: książka Bernarda Trawińskiego Przebłyski czarnej nocy
  • [...] Pewnego popołudnia, wracając właśnie z takiego spaceru, po pożegnaniu Zielińskiego, dowiedziałem się od spotykanych po drodze Proszowian, że jakiegoś Żyda ujęto i zaprowadzono na posterunek policji. Zaintrygowany tym, przyspieszyłem kroku i na samym rynku natknąłem się na policjanta, Warso. Do niego miałem większe zaufanie i dlatego bez żenady zagadnąłem go na pół serio, na pół żartem: Kogóż to pan znowu aresztował? Był bardzo przejęty i zaaferowany. Skierował się ze mną w boczną uliczkę, aby go nie widziano z posterunku i rozpoczął opowiadanie:

    Na Zagrodach (było to przedmieście Proszowic) mieszkał wraz z żoną i czteroletnią córką niejaki pan P. Był on z zawodu zdunem i podobno miał w okolicy dość dużo roboty. Oboje z żoną stanowili spokojne stadło, nie udzielali się zbytnio, ona zasadniczo nie wychodziła z domu poza wypadkami koniecznymi, jak do sklepu lub kościoła, on spędzał prawie cały czas na wsiach, budując nowe lub reperując stare piece. Nikt ich prawie nie znał, poza kilkoma sąsiadami. Nie wiadomo skąd przybyli. Zresztą w tym czasie przybywało do Proszowic i okolic wiele ludzi z innych części kraju, przeważnie wysiedlonych z ziem przyłączonych do Reichu. Nie interesowano się więc zbytnio osobą pana P. Był ktoś jednak, kto interesował się nim, i o ironio, nie był to ani Niemiec, ani inny przedstawiciel władzy. Niedaleko domu, w którym mieszkałem, bodajże w domu sąsiednim, mieszkał inny zdun, mniej więcej w tym samym wieku, żonaty, z dwojgiem dzieci nieletnich. Według krążących wieści, ów zdun miał znać pana P. Obaj mieli pochodzić z Krakowa. [...]

    Kiedy te ostrzeżenia nie odniosły skutku, spotkawszy pana P. w jakiś czas potem na rynku proszowickim, chwycił go za rękę i oddał go stojącemu obok policjantowi twierdząc, że jest Żydem. P. bronił się przed tym oskarżeniem, zarzucając, że jest to jedynie złośliwe szkalowanie przez napastującego go B. i prosił policjanta, by go zwolnił. Niestety nie mógł on zadość uczynić jego prośbie, gdyż z jednej strony nastawał kategorycznie na doprowadzenie na posterunek B., z drugiej zaś obawiał się Eiglera, który w takich wypadkach był bezwzględny wobec swoich podwładnych. Kiedy przyprowadzono P. na posterunek, Warso, słysząc o co doprowadzony jest podejrzany, czym prędzej wymknął się z posterunku i pojechał na rowerze na Zagrody, wpadł do mieszkania zajmowanego przez małżonków P. i zastawszy żonę jego, opowiedział co spotkało jej męża. Radził jej, by spakowała najpilniejsze rzeczy, zabrała dziecko i natychmiast uchodziła z Proszowic, gdyż niewątpliwie komendant Eigler każe ją doprowadzić wraz z dzieckiem na posterunek.

    W tym miejscu Warso żachnął się i chwyciwszy się za głowę, począł powtarzać: Cóż to za dziwni ludzie, nie mogę tego zrozumieć, dlaczego ta młoda kobieta nie chciała się ratować, przecież w ostateczności ja sam bym ją wraz z dzieckiem gdzieś ulokował. Nie pomogły moje tłumaczenia, a nawet prośby, uparła się, że pójdzie na stracenie wraz mężem. Istotnie, spakowała najpilniejsze rzeczy i zabrawszy dziecko, udała się na posterunek, by podzielić los męża. Tego samego popołudnia Eigler wezwał na posterunek wszystkich lekarzy z Proszowic celem ustalenia, przez oględziny, czy P. jest istotnie Żydem. Było ich czterech. Każdy osobno badał P., po czym złożyli zgodne oświadczenie, że nie mogą stwierdzić na podstawie zewnętrznych oznak, czy P. jest rzeczywiście Żydem. P. miał mieć przy sobie świadectwo lekarskie stwierdzające, że na skutek pewnej choroby skórnej został jako młody chłopak operowany. Lekarze potwierdzili możliwość takiej operacji. Ale Niemcowi to nie wystarczyło. Nazajutrz odwiózł osobiście wszystkich troje do Miechowa. Nie dowiedzieliśmy się, jaki los ich spotkał. [...]


  • [...] W kilka miesięcy po tym wydarzeniu, było to wczesnym latem, przybyli do Proszowic ci sami SS. Tym razem przybyli niezapowiedziani, ani nie zaproszeni przez nikogo. Mieli ze sobą listę 120 członków Narodowej Demokracji, tzw. endeków. Było to prawicowe, nacjonalistyczne stronnictwo polityczne w Polsce przedwojennej. Niemcy zjawili się niespodziewanie o świcie i zabrawszy dyżurującego na posterunku, Warso, wręczyli mu listę z nazwiskami, polecając mu prowadzić ich pod wskazane adresy. Warso tu przeszedł sam siebie. Już nie po raz pierwszy wykazał, że dla ratowania bliźnich, dla ratowania ludzi, bez względu na ich pochodzenie czy wyznanie, nie wahał się narażać własną skórę, po prostu igrał z ogniem. W opisanym wypadku zachował się iście po bohatersku.

    Najpierw zaprowadził Niemców do owego strażaka, sprawcy zamordowania dziewczyny żydowskiej, następnie, po odstawieniu go na posterunek policji, skierował się z Niemcami paradując z nimi przez całą długość owej głównej ulicy, na przeciwny koniec miasta do mieszkania jednego wymienionego w liście. Ten przemarsz trwał około pół godziny. Chodziło Warso, aby w międzyczasie ludzie zorientowali się, że Niemcy aresztują mężczyzn. I znowu udał się w drogę powrotną, mimo że po drodze mijali domy ludzi, których nazwiska widniały na liście. Charakterystyczne, że mając na liście nazwisko Sztajnerta, dwa razy ominął jego dom i dopiero za trzecim razem zapukał do drzwi, a następnie do okna, dając równocześnie znak, by uciekał tylnym wyjściem. Mógł to łatwo i niepostrzeżenie uczynić, gdyż tylnym wyjściem mógł wysunąć się niepostrzeżenie na drugą ulicę i w ten sposób ujść oprawcom. Nie wiadomo, czy Sztajnert nie zrozumiał, czy też zbagatelizował całą sprawę, dość, że otworzył drzwi i wpuścił Niemców do środka. Kazali mu ubrać się i pójść z nimi na posterunek. Dzięki manewrom Warso udało się Niemcom aresztować tylko pięciu. Wprawdzie wielu wymienionych w liście już nie żyło lub nie mieszkało w Proszowicach, ale było powszechnie wiadomo, że pokaźna ilość zdołała ujść lub ukryć się.

    Nikt nie znał przyczyny aresztowania oraz tego, co Niemcy zamierzali zrobić z zatrzymanymi. Na ogół bagatelizowano sobie to wydarzenie, a nawet zatrzymani, których ulokowano w sieni posterunku i do których dopuszczano rodziny, żartowali nie przewidując nic złego. Były usiłowania w kierunku zwolnienia zatrzymanych, a nawet burmistrz miasta i miejscowy proboszcz interweniowali u Niemców, by przynajmniej niektórych, a przede wszystkim Sztajnerta, zwolnili. Zabiegi te nie odniosły pożądanego skutku. Tego samego dnia zabrano wszystkich pięciu do Miechowa i jak w długi czas potem doszły nas wieści, wszystkich rozstrzelano jeszcze tego samego wieczoru na dziedzińcu więziennym.

    [...] Zginęło pięciu ludzi, w tym czterech przyzwoitych obywateli i Polaków. Nie można zapominać, że co najmniej kilkunastu zawdzięcza swoje życie ówczesnemu policjantowi granatowemu, Warso. Dzięki jego taktyce i strategii rozmyślnego omijania zagrożonych domów, przeskakiwania niby na wzór konia szachowego na szachownicy miasta Proszowice, zdołali się ukryć i ujść z życiem. [...]


  • [...] Warso niejeden raz jeszcze zdał swój egzamin niezwykłej odwagi i poświęcenia z narażeniem własnego życia, przy ratowaniu drugich. Klasycznym przykładem tego był jego udział w zorganizowanej przez Niemców obławie w jednej wsi, położonej na linii kolejki wąskotorowej między Kocmyrzowem a Proszowicami [chodzi o pacyfikację Łyszkowic i Posądzy].

    Niemcy nie żałowali Polakom wódki i innych napojów wyskokowych. Leżało w sferze ich zainteresowania, by Polacy spożywali jak najwięcej alkoholu. [...] Partyzanci zatrzymali pociąg i zniszczyli na miejscu cały transport alkoholu, obejmujący kilka wagonów. To dało asumpt Niemcom do przeprowadzenia specjalnej akcji przeciw partyzantom.

    I znowu przybyła do Proszowic ekipa niemieckich żołdaków, tym razem złożona z kilkudziesięciu bojowo uzbrojonych żołnierzy w hełmach, z karabinami maszynowymi i granatami. Przybyli w dwóch ciężarowych autach. Na czele tej ekspedycji stali znani nam już z poprzednich wyczynów podoficerowie i oficerowie SS. Wpadli na posterunek w Proszowicach i zabrawszy ze sobą kilku policjantów do asysty wyruszyli w drogę. [...]

    Niemcy, przybywszy do wsi, rozstawili się w półkrąg, w odległości kilku metrów jeden od drugiego, jak podczas nagonki na dzikiego zwierza. Policjantów granatowych wysunęli przed siebie, nie mając całkowitej pewności i zbytniego do nich zaufania. Równocześnie kilku Niemców poczęło chodzić od domu do domu i wyciągać wszystkich młodych mężczyzn. [...]

    Opowiadali naoczni świadkowie, że Warso, biegnąc przed siebie, a mając za plecami Niemców, co parę kroków przewracał się i wypuszczał karabin z ręki. Początkowo Niemcy nie zwracali specjalnej uwagi na to dziwne zachowanie się policjanta, będąc zaaferowani własną robotą, aż w pewnej chwili jeden z nich dopadł do Warso i trącając go karabinem, krzyknął: "loss". Wówczas Warso poderwał się, ale widząc rozwścieczonego żołdaka, począł utykać na nogę, pokazując równocześnie Niemcowi, że prawdopodobnie zwichnął sobie nogę w kostce. Trudno dzisiaj twierdzić, czy to bierne zachowanie się Warso uratowało jakieś młode życie, czy dzięki temu jego manewrowi zdołał ktoś ujść kuli dla niego przeznaczonej. Pewne jednak jest, że przynajmniej jeden karabin był nieczynny, a w pewnym momencie, kiedy jeden z Niemców zajęty był przez chwilę osobą Warso, dwóch zaniechało ścigania. W każdym razie Warso wykazał tym swoim biernym zachowaniem dużą odwagę, znowu narażając swoje życie na bezpośrednie niebezpieczeństwo, bo przecież mógł w każdej chwili otrzymać od postępującego za nim Niemca podarunek w postaci kuli w plecy. [...]


  • [...] Pewnego dnia Eigler dostał awans na jakiegoś "führera". Ani wówczas, ani potem nie orientowałem się w dystynkcjach SS. Wiem tylko, że każda ranga kończyła się na słowie "…führer", na przykład Sturmbannführer. Eigler z "Unter..." dostał awans na pełnego "führera". W związku z tym postanowił urządzić wielki bal. Oprócz swoich podkomendnych i jednego Niemca, cywila, który posiadał w Proszowicach przedstawicielstwo piwa, zaprosił kilku dostojników miasta oraz nie zapomniał obdarzyć tym zaszczytem Stróżyka i mnie. Obaj postanowiliśmy zignorować to zaproszenie. [...]

    Leżąc już w łóżku, usłyszeliśmy silne pukanie do drzwi. W sieni, która nie była oświetlona, stało dwóch policjantów, z zawieszonymi na piersiach lampkami. Wyglądało to dość groźnie. Jednym z policjantów był Warso. Zapytałem, co się stało i dlaczego przyszli po mnie. Warso, śmiejąc się, odezwał się: Mam rozkaz komendanta Eiglera doprowadzić pana na posterunek. Eigler jest zły, ze pan zlekceważył jego zaproszenie. Radzę panu ubrać się i pójść z nami, bo Eigler jest pijany. Na pytanie, czy Stróżyk poszedł na to przyjęcie, odpowiedział mi, że również został doprowadzony pod eskortą. W pierwszej chwili postanowiłem odmówić i prosiłem Warso, by zawiadomił Eiglera, że mnie nie zastał w domu, później jednak zreflektowałem się i w obawie przed jakimiś przykrymi następstwami ze strony solenizanta, zdecydowałem się pójść. Ubrałem się zatem i w towarzystwie obu policjantów udałem się na "bal". Przyszedłszy tam począłem usprawiedliwiać się jakimś niedomaganiem czy bólem głowy. Eigler, będąc już w tym czasie pod "dobrą datą", wpadł na mnie wykrzykując: Boisz się mnie, czy nie chcesz napić się wódki z Niemcem, a może jesteś bandytą z podziemia, może kiedyś ty mnie zastrzelisz. [...]
źródło: artykuł Aleksandra Gąciarza Kiedy igrał z niemieckim ogniem... [w:] Dzienniku Polskim z 29 sierpnia 2009

[Jest to uzupełnienie wspomnień Trauba o aresztowaniach działaczy SN w Proszowicach.]
  • [...] Od starszych mieszkańców do dzisiaj można usłyszeć opowieść o tym, jak Warso z Niemcami doszli do posesji proszowianina Wtorka. Ten akurat czerpał wodę ze studni. Warso, choć doskonale go znał, z głupia frant zapytał: - Gdzie tu mieszka Wtorek? Zagadnięty błyskawicznie pojął, o co chodzi. - A tam, na górze - odparł zgodnie z prawdą, wskazując na najbliższy dom. Wtedy Warso zaczął prowadzić Niemców na piętro domu. Oczywiście, akurat wtedy rozbolała go noga i wędrówka w górę szła bardzo niesporo. Zanim dotarli do drzwi i okazało się, że poszukiwanego tam nie ma, ten zdążył rzucić wiadro z wodą i uciec. Ponoć zatrzymał się dopiero w Słomnikach. [...]
źródło: książka Inspektorat AK "Maria" w walce. Z dziejów Inspektoratu Rejonowego "Miś", "Michał", "Maria" ZWZ-AK ziemi miechowskiej, olkuskiej i pińczowskiej. tom II część I
  • [...] Ochrona kolejki podlegała na posterunku policji granatowej w Proszowicach, a moją wtyczką był ps. "Sęk" (Roman Warso). Był on zobowiązany o każdej porze dnia i nocy meldować mi o zarządzeniach niemieckich (...). [...]
  • Roman Warso ps. "Sęk", były policjant polski na posterunku żandarmerii w Proszowicach, wywiadowca inspektorackiego wywiadu podaje m.in.:

    "(...) W roku 1943, latem, przypadkowo miałem możliwość przeglądnięcia teczki z aktami żandarmerii z Miechowa, w której spostrzegłem pismo maszynowe w języku niemieckim o Franciszku Krzyżanowskim z Pietrzejowic. Ponieważ znałem daną osobę i wiedziałem, że należy do podziemia i bywają u niego koledzy z konspiracji, ostrzegłem go, że figuruje w aktach okupanta, by miał się na ostrożności. Za parę dni Niemcy przybyli do jego zagrody gospodarczej i podczas ucieczki zabili mu syna Tadeusza, a sam Krzyżanowskim zdążył uciec pomimo, że za nim też strzelano. Partyzantów ani broni nie znaleziono (...)" Broń ta została wcześniej przesunięta do innych kryjówek - stwierdza Franciszek Krzyżanowski.

    W czerwcu 1943 r. - stwierdza Warso - został zatrzymany przez Niemców żołnierz AK Ezachiel Ziarko z Chorążyc, który przy usiłowaniu ucieczki został śmiertelnie ranny. Ziarko posiadał przy sobie fałszywy dowód osobisty i notes ze spisem członków podziemia w ilości dużej pochodzących z Chorążyc, Przesławic, Muniaczkowic i Niegarowa. Zatrzymany, jako podejrzany Piotr Wiecha, też żołnierz AK, stwierdza, że Warso na posterunku policji w Proszowicach wyrwał z notesu Ziarki kartki ze spisem członków AK i zniszczył je. Tym sposobem obronił także Wiechę (u którego w domu było radio i magazyn broni). Ziarko zmarł w wyniku odniesionych ran. [...]


  • [...] W obwodzie olkuskim wywiadowcą szczególnie oddanym był policjant ps. "Biedny" (Michał Subocz), umieszczony na posterunku policji w Wolbromiu. Zaś w obwodzie pińczowskim wyróżniał się swoją gorliwością wywiadowcy oficer policji polskiej ps. "Wiktor" (Piotr Sałabun).Na terenie posterunku policji w Proszowicach działał skutecznie policjant ps. "Sęk" (Roman Warso). [...]

  • [...] "Uwaga! (...) "Burza", "Grabowski" i "Tatar" ulotnić się wsypa na linii łączności, w Michałowicach aresztowania". Po przeczytaniu meldunku powiadomiłem zaraz kolegów i następnego dnia wybrałem się do Słomnik, aby dowiedzieć się bliżej o tym co sygnalizował wczorajszy meldunek. Pogoda paskudna, zaczął padać deszcz. W samych Słomnikach niewiele się dowiedziałem. Kol."Wigura" potwierdził tylko, że były aresztowania, jak podano w meldunku. Wypadło znowu wracać z powrotem w tak wstrętną pogodę, gdzie znów nie spotkałem po drodze nikogo. Odszedłem na bok za swoją potrzebą, wiatr mnie podwiał, tak że nie mogłem się wyprostować, takie dostałem bóle. Dalszą drogę do Niegardowa szedłem ponad godzinę czasu jeden kilometr. W Niegardowie zatrzymałem się w domu rodziny. Zdjęto ze mnie przemoczoną odzież i rozpoczęto natychmiast kurację, która trwała tydzień. Następnego dnia przyszedł do mnie Warso ps. "Sęk", który wiedział gdzie poszedłem, a nie wróciłem (...)". [...]
źródło: oświadczenie Ludwika Koperczaka z 16 lutego 1972 roku
  • [...] Ja niżej podpisany Ludwik Koperczak zamieszkały w Mysłowicach oświadczam, że znany mi jest Warso Roman zamieszkały w Proszowicach [...] będąc w policji granatowej w czasie okupacji 3-ech krotnie wybawił mnie od śmierci.

    Jesienią 1943 roku wykonując powierzoną czynność podziemia wstąpiłem do pewnego domu w Kozłowie za Tunelem, gdzie znajdował się tamże policjant na delegacji, który widząc moje zaniepokojenie uspokoił mnie, by się nie bać, a następnie ułatwił wykonanie czynności.

    Tejże jesieni ścigany za należności do KPP zostałem przez Niemców aresztowany i osadzony w areszcie w Proszowicach, skąd ten policjant podstępnie uwolnił mnie, dzięki czemu ocalałem.

    W styczniu 1944 r. ukrywałem się u swego szwagra Zwolińskiego w Kolonii Ostrów koło Proszowic, gdzie tenże policjant przyszedł z Niemcami w celu aresztowania mnie, wchodząc do sieni, w której znajdowałem się, wskazał mi ręką, bym się schował za drzwi, którymi mnie zasłonił, Niemcy w tym czasie weszli do mieszkania, a ja w tym czasie wysunąłem się na wieś unikając aresztowania. [...]
źródło: oświadczenie Franciszka Dejworka z 3 maja 1973 roku
  • [...] Ja niżej podpisany Dejworek Franciszek zamieszkały w Łędkowicach [...] w czasie okupacji niemieckiej byłem ścigany z rodziną za przynależność do KPP i czynną konspirację w związku z czym zmuszony byłem żonę i dwie córki zamelinować u rodziny Kowalskich w Jazdowiczkach koło Proszowic. Gdzie często i sam przebywałem, gdyż stamtąd jako ze młyna czerpałem pożywienie dla grupy konspiracyjnej.

    Latem 1944 roku Kowalski Zygmunt został ostrzeżony przez Romana Warso byłego policjanta granatowego w posterunku Proszowice, należącego do podziemia, że Niemcy są posiadaniu donosu jako Dejworek Franciszek ukrywa się u rodziny Kowalskich. Wobec czego należy ich natychmiast usunąć gdyż tak Kowalskim jak i ściganym grozi niebezpieczeństwo.

    Wskutek powyższego ostrzeżenia usunięto ściganych do innych miejsc i wszyscy zostali ocaleni, a przeprowadzone kilkakrotnie przez Niemców kontrole domu Kowalskich nie dały im pozytywnego wyniku.
A to, przecież nie wszystkie przypadki działania naszego bohatera. Oczywiście Warso nie mógł pomóc wszystkim, musiał przecież wykonywać swoja pracę policjanta, więc na pewno kilka osób będzie miało o nim inne zdania.

policjanci z posterunku w Proszowicach, Warso siedzi plerwszy z lewej (fot. DP)



opracowanie: Andrzej Solarz   


ŹRÓDŁA, BIBLIOGRAFIA:
  1. Bernard Traub; Przebłyski czarnej nocy. Wspomnienia 1939-1945; Księgarnia Akademicka; Kraków 2012
  2. Aleksander Gąciarz; Kiedy igrał z niemieckim ogniem...; [w:] Dzienniku Polskim z 29 sierpnia 2009
  3. Bolesław Michał Nieczuja-Ostrowski; Inspektorat AK "Maria" w walce t. II Kryptonim "Michał"-"Maria" (1943-VI.1944) Część I; Fundacja Inspektoratu Światowego Związku Żołnierzy AK i Sekcji Obrony Życia Dziecka im. Inspektoratu; Elbląg 2001
  4. oświadczenie Ludwika Koperczaka z 16 lutego 1972 roku
  5. oświadczenie Franciszka Dejworka z 3 maja 1973 roku
  6. zaświadczenie weryfikacyjne wydane przez Bolesława Michała Nieczuja-Ostrowskiego 15 sierpnia 1977 roku



idź do góry powrót


 warto pomyśleć?  
Raj nie jest z tego świata, ale są na nim jego fragmenty.
(Anonim)
listopad  20  wtorek
[18.00]   (Kraków)
Niezwykłe losy Krzysztofa Grabowskiego - spotkanie w KKW
listopad  21  środa
listopad  22  czwartek
listopad  23  piątek
DŁUGOTERMINOWE:


PRZYJACIELE  Internetowego Kuriera Proszowskiego
strona redakcyjna
regulamin serwisu
zespół IKP
dziennikarstwo obywatelskie
legitymacje prasowe
wiadomości redakcyjne
logotypy
patronat medialny
archiwum
reklama w IKP
hierarchia
parametry
miejsce prezentacji
ceny
przyjaciele
copyright © 2016-... Internetowy Kurier Proszowski; 2001-2016 Internetowy Kurier Proszowicki
Nr rejestru prasowego 47/01; Sąd Okręgowy w Krakowie 28 maja 2001
Nr rejestru prasowego 253/16; Sąd Okręgowy w Krakowie 22 listopada 2016

KONTAKT Z REDAKCJĄ
KONTAKT Z REDAKCJĄ         KONTAKT Z REDAKCJĄ         KONTAKT Z REDAKCJĄ         KONTAKT Z REDAKCJĄ         KONTAKT Z REDAKCJĄ