Jerzy Biechoński ps. Kłos
Był dla mnie wzorem...

Jerzy Biechoński (fot. zbiory Włodzimierza Nowaka)
26-09-2010

     W czasie II wojny światowej był jedną z najbardziej znaczących postaci ruchu oporu na terenie Proszowic i okolicy. W mieście nad Szreniawą doczekał się co prawda swojej ulicy, ale wiedza o nim - podobnie jak o wielu innych aktywnych wówczas żołnierzach Armii Krajowej - jest stosunkowo niewielka.

     W 67. rocznicę proklamowania Rzeczpospolitej Partyzanckiej (art. z 2011 roku), o Jerzym Biechońskim rozmawiamy z jego kuzynem, Włodzimierzem Nowakiem, na co dzień przewodniczącym Zarządu Szkolnego Związku Sportowego w Krakowie. - Wypowiadając się na temat Biechońskiego, zwykle mówię o nim jako o swoim wujku. Wynikało to z różnicy wieku między nami. Jurek był ode mnie 19 lat starszy. Był jednak synem najstarszej siostry mojego ojca, a zatem w rzeczywistości kuzynem - wspomina nasz rozmówca.

Proszowianin z urodzenia

Nazwisko Biechoński w Proszowicach miewało spore znaczenie. Indeks zamieszczony na końcu monografii "Proszowice. Zarys dziejów do roku 1939" wymienia aż dziewięć osób noszących to nazwisko. Rodzice Jerzego Biechońskiego nie byli jednak osobami, które w przedwojennych Proszowicach odgrywałyby istotną rolę. Ojciec Edmund prowadził przed wojną sklep, matka była krawcową. Dom Biechońskich mieścił się na tzw. Parceli. Jerzy miał brata Henryka, który zmarł jeszcze przed wybuchem II wojny, oraz trzy siostry. Jedna z nich, Helena, żyje do dzisiaj (ma 91 lat) i mieszka w Wałbrzychu.

     Późniejszy żołnierz urodził się 13 kwietnia 1918 roku, a wspominamy o tej dacie nie tylko z kronikarskiego obowiązku. Na grobie Biechońskiego na cmentarzu w Proszowicach wpisano jako datę urodzenia 17 kwietnia. - Nie wiem, skąd wziął się ten błąd. Na wszystkich dokumentach Jurka widnieje bowiem jako data urodzenia 13 kwietnia - mówi Włodzimierz Nowak.

Zima w lesie

     Jerzy Biechoński ukończył w Proszowicach szkołę powszechną, po czym rozpoczął naukę w Państwowej Szkole Przemysłowej im. Stanisława Staszica. W roku 1939 został absolwentem wydziału chemii. Do dzisiaj zachowało się jego końcowe świadectwo, na którym przeważają oceny bardzo dobre i dobre. Po ukończeniu szkoły trafił do obozu przysposobienia wojskowego pod Łomżą. - Tam zastał go wybuch wojny. Po napadzie na Polskę Związku Radzieckiego trafił w ręce Rosjan i został wywieziony do Kazachstanu. Wspominał potem, że wraz z innymi zostali pozostawieni nieomal sami sobie w lesie. Aby przeżyć, musieli kopać ziemianki. Twierdził, że jeszcze jednej zimy w takich warunkach na pewno by nie przeżył - mówi Nowak.

     Wiosną 1940 roku grupa polskich więźniów została jednak przekazana Niemcom, najprawdopodobniej na zasadzie wymiany. - Jurek i inni zostali wywiezieni do Niemiec i pracowali w gospodarstwach rolnych pod Hamburgiem - słyszymy. Zachowało się kilka listów, które Biechoński pisał z Niemiec do rodziny. "Nieraz chciałbym sobie uzmysłowić, jak wy tam teraz żyjecie. Często widzę w gazecie fotografie z Krakowa i teraz dopiero uzmysławiam sobie, jakie to wszystko drogie jest, tylko że jakieś inne. Dla wielu w niewoli przyszło zrozumienie czym jest miejsce, gdzie człowiek sie urodził i żył" - czytamy w liście z maja 1940 roku. Wyraził w nim również nadzieję, że rychło spotka się z rodziną. Rodzice podjęli bowiem starania, by syna sprowadzić do Polski.

     Pierwsza próba była nieudana. Polegała na wymianie pracowników. W zamian za Biechońskiego do Hamburga miał jechać kto inny. Udało się nawet znaleźć czterech chętnych, którzy wzięli pieniądze, ale nigdy na miejsce nie dotarli. Wtedy postanowiono spróbować innego sposobu. Biechoński dostał z domu list z zawiadomieniem, że jego ojciec jest ciężko chory. Na tej podstawie Niemcy udzielili mu przepustki. Nietrudno się domyślić, że nigdy już do pracy w Niemczech nie wrócił.

Podchorąży Biechoński

Po powrocie do Proszowic Jerzy Biechoński wstąpił w szeregi Armii Krajowej i przyjął pseudonim "Kłos". Wziął udział w kursach szkoły podchorążych. Uczył się chyba szybko i musiał się wyróżniać podczas szkoleń, skoro został minowany dowódcą oddziałów dywersyjnych AK na tym terenie. - Mówiąc w skrócie, był odpowiedzialny za sprawy porządku i bezpieczeństwa - wspomina Włodzimierz Nowak. Lista akcji, w których uczestniczył Jerzy Biechoński, jest długa. To on zabezpieczał lądowanie w Wierzbnie późniejszego dowódcy Armii Krajowej Leopolda Okulickiego. To oddział "Kłosa" 28 lipca 1944 zajął uwolnione od Niemców Proszowice, co można uznać za symboliczny początek Rzeczpospolitej Partyzanckiej. Wokół kilku z tych akcji narosło jednak sporo nieporozumień.

     W Pałecznicy, w marcu 1944 roku, oddział "Kłosa" dokonał rozstrzelania małżeństwa. Józef Guzik w książce "Racławickie wezwania" pisał, że były to rodzinne porachunki. Z tekstu wynika, że ludzie Biechońskiego mieli rozstrzelać... jego ciotkę i wuja. - Po tej publikacji prosiłem autora o sprostowanie tej informacji. Guzik jednak odmówił. Twierdził, że taką wersję przekazali mu świadkowie. Pozwałem go do sądu, ale zmarł, zanim zapadł wyrok w tej sprawie - mówi Włodzimierz Nowak. Jak wyjaśnia, w Pałecznicy doszło do likwidacji pary niemieckich konfidentów, którzy zostali ujawnieni m.in. dzięki współpracy z ówczesnym kierownikiem proszowickiej poczty Wacławem Liguzińskim.

Tragedia w Łyszkowicach

     Najbardziej tragiczne w skutkach było jednak zatrzymanie przez partyzantów pociągu kolejki wąskotorowej w Łyszkowicach i zniszczenie transportu przewożonej wódki, do którego doszło w styczniu 1944 roku. W odwecie Niemcy wymordowali 28 osób, głównie mieszkańców Łyszkowic i Posądzy. Choć sprawa odpowiedzialności za to zdarzenie była różnie przedstawiana, Włodzimierz Nowak nie ma wątpliwości, że akcją dowodził jego kuzyn. Na dowód pokazuje oświadczenie, które w 1999 roku (na krótko przed swoją śmiercią) napisał Bogdan Thugutt, również jeden z czołowych dowódców AK w rejonie Proszowic. Pisze w nim, że według jego wiedzy dowódca kompanii "Dominika" (dywersja) pchor. Jerzy Kłos dokonał akcji w Posądzy na rozkaz "Pika", czyli por. Edmunda Sienkowskiego, dowódcy baonu AK w Proszowicach. - To nie była samowolna akcja partyzantów. Jurek otrzymał taki rozkaz i go wykonał. Potem, zdając sobie sprawę z konsekwencji, chciał się nawet oddać w ręce Niemców, ale stanowczo mu tego zakazano - mówi Włodzimierz Nowak.

Jerzy Biechoński zginął 8 października 1944 roku w lesie pod Sancygniowem, gdzie oddziały AK schroniły się po rozbiciu Rzeczpospolitej Partyzanckiej. Poniósł śmierć w momencie, gdy Rudolf Dziadosz ps. "Zasaniec" próbował rozbroić znalezioną w lesie bombę (niektórzy świadkowie mówią o minie). Nazajutrz w Sancygniowie odbył się pogrzeb jego i dwóch innych poległych. Niedługo później zwłoki zostały przewiezione do Proszowic. - Przywiózł je młody wówczas chłopak Bolek Szwajca, który często był posyłany w różnych sprawach wozem konnym - wspomina Włodzimierz Nowak. Jerzy Biechoński spoczął w swoim rodzinnym mieście. Był odznaczony orderem Virtuti Militari, Krzyżem Walecznych, Srebrnym Krzyżem Zasługi z Mieczami. - Dla mnie był przede wszystkim wzorem. To był człowiek, dla którego słowa Bóg, honor i ojczyzna były zawsze najważniejsze.

Aleksander Gąciarz   


ŹRÓDŁA:
  • Gąciarz Aleksander; Był dla mnie wzorem...; Dziennik Polski; 30.07.2011
Artykuł pochodzi ze strony: Internetowego Kuriera Proszowickiego
Zapraszamy http://www.24ikp.pl/skarby/ludzie/rp1944/biechonski_jerzy/art.php