facebook
Dwudziestu ich było - wspomnienie jesień 1944 cz. I

    Dzisiaj jest wtorek, 18 grudnia 2018 r.   (352 dzień roku) ; imieniny: Bogusława, Gracjana, Laury MD Emigrantów    
 |   serwis   |   wydarzenia   |   informacje   |   skarby Ziemi Proszowskiej   |   Redakcja   |   tv.24ikp.pl   |   działy autorskie   | 
 |   ludzie ZP   |   miejsca, obiekty itp.   |   felietony, opracowania   |   kącik twórców   |   miejscowości ZP   |   ulice Proszowic   |   pożółkłe łamy...   |   RP 1944   | 
 |   artykuły dodane ostatnio   |   postacie   |   miejsca   | 
 wydarzenia 
 |   opracowania   | 

serwis IKP / Skarby Ziemi Proszowskiej / felietony, opracowania / wydarzenia / Dwudziestu ich było - wspomnienie jesień 1944 cz. I
O G Ł O S Z E N I A
patronaty IKP


Dwudziestu ich było - wspomnienie jesień 1944 cz. I

(fot. fakty.interia.pl)

Donosy, 15-10-2018

     Zjawili się niespodziewanie. Nawet nie wiadomo z której nadeszli strony. Godziny przedpołudniowe spokojnej rodziny zostały zakłócone przybyciem niespodziewanych "gości" w niemieckich mundurach uzbrojonych w karabiny. Starsze rodzeństwo było w szkole, natomiast ja z rodzicami byliśmy w domu, a raczej w tym czasie przed domem. Kiedy rodzice usłyszeli jakieś głosy w obcym języku wybiegli przed dom, a ja za nimi. Nie zważając na nas weszli do domu. Krzykiem zażądali jedzenia i rozsiedli się w naszym domu, gdzie tylko było można i w ten sposób zaczęli okupację nie tylko naszego domu, ale również całego obejścia. Nie pomógł płacz ani błagalne krzyki. Niemcy się rozpanoszyli i za byle co grozili karabinem. Nie było wyjścia, trzeba było tylko czekać na dalszy rozwój sytuacji.

     Dom nie był duży. 12 metrów długości i sześć szerokości. Drewniany, kryty dachówką, tak z zewnątrz jak i wewnątrz bielony na biało. W domu naszym były dwie izby: kuchnia i druga izba zwana pokojem, a także sień i spiżarka zwana komorą.

     Jak się szybko okazało byli to rzeczywiście żołnierze niemieccy, bo rodzice rozpoznali niemieckie mundury oraz mowę w języku niemieckim. Mieli ze sobą dwa wozy konne tzw. furmanki, które ciągnęły konie. Wozy postawili za domem na niewielkiej łączce, natomiast był problem z końmi ponieważ nie było takich pomieszczeń, gdzie mogli by je wprowadzić. Był wprawdzie z tyłu domu chlew dobudowany do niego, ale to było małe pomieszczenie, gdzie zaledwie mieściła się jedna krowa, a w rogu był zbudowany chlewik, gdzie były zazwyczaj dwie świnie.

     Stodółka też była, ale nie było do niej jak w innych stodołach tradycyjnych wrót, jedynie małe drzwi, którymi mógł wejść tylko człowiek. Dziw, że nie kazali ściany rozwalać i poszerzać drzwi. Znaleźli jednak inne rozwiązanie. Żeby więc nie zostawić koni na dworze, zaprowadzili je do sąsiada, który miał trochę większą stodołę i tam z powodzeniem na krótki czas mogły pozostać. Konie nie mogły zostać na dworze nie tylko dlatego, że było by im może zimno, ale przede wszystkim dlatego, że trzeba je było ukryć, żeby nie zwrócono na nie uwagi przez niepożądane dla Niemców osoby. To były cztery dorodne konie, więc miejsca potrzebowały dużo. Ja wtedy miałem niespełna pięć lat, ale niektóre momenty pamiętam. Zapamiętałem np., że dwa konie były maści siwej.

     Mieli również dwa psy wielkie jak sąsiada kozy. Tata mi powiedział po cichu, że to są wilczury. Psy umieścili w chlewie przywiązując je do jakiegoś haka przymocowanego do słupa. Z tymi psami, to też był kłopot, bo trzeba było je nakarmić. Ale czym? I o tym mama też musiała pomyśleć. Więc ugotowała im ziemniaków. Roztopiła trochę nie bardzo świeżego masła, którym polała ziemniaki i wlała jeszcze do tego ciepłego mleka. Włożyła to wszystko do dość dużego, płaskiego, starego garnka i długim kijem tata podsunął im to pod nos. Zjadły wszystko i jeszcze garnek wylizały. Chyba im smakowało, bo zaraz potem zaczęły szczekać, że aż u sąsiada było słychać, bo zaniepokojeni wyglądali ukradkiem co się dzieje.

     Kiedy już rozlokowali sprzęt, konie i siebie zapanował spokój i cisza. Wcześniej karabiny zdjęli z ramion, oparli o ścianę, każdy obok siebie, a oni usiedli gdzie tylko mogli: na łóżkach, krzesłach jakie były, na stołeczkach, które tata dla nas małych dzieci zrobił, a nawet na stole. Na dworze stała taka długa ławka, to też ją jeden przytaszczył do domu, postawili pod ścianą i tam siedzieli. Jeden uzbrojony żołnierz pełnił wartę na tyłach domu przy narożniku pod rozłożystym orzechem. Stanowisko wybrał dobre, bo w tym miejscu był niewidoczny zasłonięty od góry przez konary orzecha, a z boku przez rosnące w pobliżu krzewy agrestu i malin oraz drzewa owocowe. On natomiast mógł wszystko widzieć co się dzieje wokół, a także na niebie, gdyby nadleciały samoloty.

     Tylko mama krzątała się koło kuchni przygotowując im coś do jedzenia. Jak wspomniałem wyżej, gdy weszli zażądali czegoś do jedzenia. No, co rodzice moi mogli im dać, kiedy mieliśmy tyle, żeby dla nas starczyło na dziś i może na jutro, a potem znowu trzeba było zabiegać, żeby siedmioosobową rodzinę wyżywić. Był jedynie chleb, który mama upiekła dwa dni temu i jeszcze był. Mama piekła chleb raz w tygodniu, sześć bochenków, które wystarczały nam na tydzień. To dla nas, ale dla dwudziestu głodnych chłopów? Te cztery bochenki, które jeszcze były zjedli zostawiając trochę do zupy, którą mama gotowała, a której sobie zażyczyli. Gorącą zupę chcieli. Obojętnie jaką, ale zupę i gorącą.

     Z opowiadania mamy, już po zakończeniu działań wojennych zapamiętałem, że jeden żołnierz był bardzo młody i mówił także po polsku. Usiadł przy kuchni, zdjął buty i żalił się na zły los. Mówił między innymi, że bardzo bolą go nogi, a tu trzeba iść i iść. Tymi furmankami, które mieli, rzadko jechali, bo nie chcieli przeciążać koni. A więc szli obok wozów, które były czymś załadowane, ale czym nie wiadomo. Może tam była amunicja, a ta przecież jest bardzo ciężka. Ja byłem bardzo ciekawy, jak zresztą do tej pory i wspiąłem się na koło jednego z wozów, żeby zobaczyć co tam jest. Ledwie zerknąłem na ten wóz od góry, a już wartownik, który pełnił służbę zobaczył mnie i zaczął szwargotać donośnym głosem po niemiecku, aż zeskakując z tego koła ze strachu wywinąłem kozła i nieźle się potłukłem. Zdążyłem jednak zobaczyć jakieś garnki, naczynia kuchenne i potłuczone szkło w tyle wozu, a reszta była przykryta jakąś, ja to nazwałem płachtą. Tak samo był przykryty drugi wóz. To co widziałem mam w pamięci do dziś.

     W pewnym momencie przyszedł do nas kuzyn, który był w partyzantce. Kiedy się zjawił przy furtce, strażnik zaraz zareagował i pędem podbiegł do niego. Wybiegło też z domu kilku innych z karabinami gotowymi do strzału. Początkowo nie chcieli go wpuścić nawet za ogrodzenie, ale tata powiedział, że on jest naszym kuzynem i często do nas przychodzi. Tą wypowiedź taty przetłumaczył im młody Niemiec, który umiał polsku, a o którym wspomniałem wyżej. Tak im przetłumaczył, że zrozumieli, że on u nas mieszka, jest członkiem naszej rodziny. Dopiero wtedy go wpuścili. Od tej pory sytuacja stała się bardziej napięta, bo ten Tadek przyszedł rozpoznać sytuację, czy nie byłoby możliwości ich rozbrojenia.

     Możliwość zawsze była, tylko jak by się to skończyło, to w tym momencie trudno było przewidzieć. Dwudziestu żołnierzy uzbrojonych, przygotowanych w każdej chwili do walki, rozbroić przez prawie nie uzbrojonych i nie wyszkolonych partyzantów, to było zadanie nie do wykonania. Trzeba by było ściągnąć posiłki z okolicznych wiosek, którzy mieliby dobre uzbrojenie. Z tego co zapamiętałem z opowiadania, to w mojej wsi było kilku partyzantów i mieli jeden karabin, który się zacinał. Raz wystrzelił, a drugi raz nie. Gdyby mieli karabin maszynowy, to mogło by się udać, biorąc ich na strach z zaskoczenia. Pamiętam z opowiadania taką sytuację, która wydarzyła się gdzieś w pobliskiej Gminie.

     Otóż w tej gminie było czterech żołnierzy niemieckich. Przyszli do wójta załatwiać jakieś sprawy. Weszli do pomieszczenia i rozmawiali z urzędnikiem stojąc do drzwi wejściowych tyłem. Widział to mieszkający w pobliżu partyzant, który już od dłuższego czasu ich obserwował. Partyzanci mieli w pobliżu gminy w krzakach ukryty karabin maszynowy, do którego on też miał dostęp. Gdy nadarzyła się taka korzystna sytuacja postanowił ją wykorzystać. Nie szukał posiłków, bo na to trzeba czasu i Niemcy mogli by odejść skąd przyszli. Pobiegł w krzaki, złapał karabin, postawił go bezszelestnie w drzwiach prowadzących do pomieszczenia, gdzie byli Niemcy, wystawiając lufę skierowaną do nich. Oni zajęci dyskusją z urzędnikami niczego się nie spodziewali, a on podszedł do nich od tyłu, złapał jednego z nich za ramię, a gdy tamten się odwrócił pokazał palcem wycelowaną w nich lufę i krzyknął: hande hoch! Niemcy przerażeni podnieśli ręce do góry, a ten bez problemu pozabierał im karabiny, pistolety i wszystko, co tam jeszcze mieli. Sam jeden rozbroił czterech Niemców.

     Tadek sytuację rozpoznał, pomyślał, że czas na niego i chciał iść do swojego domu, a może przedstawić sytuację kolegom i ewentualnie zastanowić się co robić dalej. Jak gdyby nigdy nic podszedł do furtki z myślą wyjścia na drogę. W tym słyszy doniosły głos: Halt. To strażnik niemiecki krzyknął, a gdy Tadek nie zwrócił na to uwagi pobiegł do niego z karabinem gotowym do strzału. Zdezorientowany kuzyn nie wiedział o co chodzi, dopiero po chwili zrozumiał, że nie może opuszczać naszego gospodarstwa. Po dłuższych pertraktacjach pozwolono mu iść pod warunkiem, że przyniesie kości dla psów. A Tadeusz wcale nie myślał o żadnych kościach, bo niby skąd miałby je wziąć. Jak poszedł, tak przepadł i nie wrócił.

     Kiedy zupa była już gotowa, czekający na nią zgłodniali Niemcy sami sobie z dużego gara nakładali do menażek, które ze sobą mieli na wyposażeniu i jedli chyba ze smakiem i z chlebem, który jeszcze pozostał. Natomiast po obiedzie nie było, ani zupy ani chleba. Dobrze, że mama nam coś przygotowała oddzielnie i pojedliśmy do syta. Przecież nas było pięcioro rodzeństwa w różnym wieku od pięciu do szesnastu lat i dwoje rodziców, to też jedzenia trzeba było dużo.

     Niemcy rozsiedli się na dobre i w ogóle nie mieli zamiaru nigdzie iść. Natomiast rodzice zrozumieli, że będą u nas nocować i zaczęli się martwić gdzie my będziemy spać. Gdzie nasze ulubione posłania na których Niemcy z brudnymi buciorami leżeli, ponieważ nie wszyscy je zdjęli. Kiedy zaczęło się ściemniać kazali rodzicom przynieść słomy i rozścielić na podłodze. Dużo słomy, żeby im dobrze było spać. Kiedy tata nie bardzo się spieszył do noszenia słomy krzyczeli na niego donośnym niemieckim głosem gestykulując przy tym rękami. Wystarczyło usłyszeć ich szwabski głos, to już strach człowieka ogarniał.

     W chlewie zaraz za drzwiami stało koryto zrobione z grubych desek w którym od jesieni do późnej wiosny siekało się buraki pastewne dla krowy i świń. Wkładało się do koryta buraki oczyszczone wcześniej z ziemi i specjalnym siekaczem siekało się na drobniutko. Siekacz, to był taki kawałek grubszej blachy wygięty w kształcie litery S z jednej strony zaostrzony i oprawiony na około 1,5 metrowej długości kiju. Brało się to urządzenie do rąk i energicznie wbijało w buraki od czasu do czasu je mieszając i siekało się dotąd, dokąd nie były drobne. Te posiekane buraki mieszało się z sieczką, posypywało ospą i dawało krowie, a ona je ze smakiem jadła. Dlaczego buraki musiały być posiekane na drobno. Otóż dlatego, żeby je krowa nie wybrała z sieczki. Duże kawałki łatwo by jej było wybrać i zjeść, a sieczka by pozostała, natomiast małe było trudniej i musiała je jeść razem z sieczką.

     Piszę o tym jaki związek miało to z Niemcami, którzy okupowali nasz dom. Taki, że nadeszła pora przyrządzenia krowie jedzenia i trzeba było usiekać buraków, bo czego innego nie było. Samej słomy jeść nie będzie. Ale jak tu siekać, kiedy w chlewie są dwa wielkie psy akurat w pobliżu koryta. Trzeba było sobie jakoś z tym poradzić. Wziął tata jakiś długi kij, na końcu wbił w niego gwóźdź, otworzył do chlewa drzwi, bezpiecznie tak aby go te hitlerowskie psy nie dosięgły, zahaczył tym gwoździem za koryto i wyciągnął go na dwór. Ustawił koło stodoły i tam starszy brat Tadek (imię takie same jak miał kuzyn partyzant) siekał te buraki póki jeszcze było widno.

     Niebawem nadszedł wieczór, Niemcy rozglądali się po powale, gdzie tu wiszą jakieś żarówki, ale nic nie zobaczyli. Wtedy upewnili się, że tu nie ma prądu. Wołali żeby zaświecić światło, to tata im zaświecił jedną lampę naftową, pamiętam dokładnie numer 5. Lampy były numerowane. Czym mniejszy numer, tym mniejsza lampa, tak jak buty czy odzież. Jakie to miało znaczenie. Bardzo duże. Kto miał dużo pieniędzy, to kupował lampę nawet nr.10. To była bardzo duża lampa i nie chodziło tu o cenę zakupu takiej lampy, tylko o koszt jej eksploatacji. Duża lampa świeciła bardzo jasno, ale spalała dużą ilość nafty, a że nafta była droga, to mało kogo było stać na większy zakup.

cdn.

Zdzisław Kuliś   



idź do góry powrót


 warto pomyśleć?  
Raj nie jest z tego świata, ale są na nim jego fragmenty.
(Anonim)
grudzień  18  wtorek
grudzień  19  środa
grudzień  20  czwartek
grudzień  21  piątek
DŁUGOTERMINOWE:


PRZYJACIELE  Internetowego Kuriera Proszowskiego
strona redakcyjna
regulamin serwisu
zespół IKP
dziennikarstwo obywatelskie
legitymacje prasowe
wiadomości redakcyjne
logotypy
patronat medialny
archiwum
reklama w IKP
hierarchia
parametry
miejsce prezentacji
ceny
przyjaciele
copyright © 2016-... Internetowy Kurier Proszowski; 2001-2016 Internetowy Kurier Proszowicki
Nr rejestru prasowego 47/01; Sąd Okręgowy w Krakowie 28 maja 2001
Nr rejestru prasowego 253/16; Sąd Okręgowy w Krakowie 22 listopada 2016

KONTAKT Z REDAKCJĄ
KONTAKT Z REDAKCJĄ         KONTAKT Z REDAKCJĄ         KONTAKT Z REDAKCJĄ         KONTAKT Z REDAKCJĄ         KONTAKT Z REDAKCJĄ