Komora celna na Baranie

(fot. źródła)

Luborzyca, 11-09-2021

     Po okresie wojen napoleońskich losy obecnej gminy Kocmyrzów-Luborzyca jak i całego regionu na ponad sto lat ukształtowały postanowienia Kongresu Wiedeńskiego (1814-1815). W ich wyniku tereny te zostały podzielone i przyłączone częściowo do Austrii, częściowo zaś do Rosji, stając się obszarami nadgranicznymi dwóch zaborczych monarchii.

     Część miejscowości Luborzyca zwana jeszcze dziś "Baranem" należała do Rosji, a pozostała część do Austrii. Po stronie rosyjskiej mieścił się budynek pełniący funkcję komory celnej (obecnie budynek szkoły podstawowej). Mieszkańcy musieli przechodzić przez kontrolę paszportową oraz rewizję osobistą. Na importowane towary nakładano cła.

     Granicy dzielącej ziemie polskie pomiędzy Rosję i Austrię w latach zaborów mówiło się często - kordon. Przybywano zza kordonu, przekradało się czy szmuglowało przez kordon. Pas pograniczny jest podzielony na trzy linie.

Pierwsza - tuż nad granicą, druga - tzw. linia kordonów, w oddaleniu 1 - 2 km od granicy i trzecia - rzecz zupełnie niespotykana w żadnym innym państwie - obejmująca sobą ponad stukilometrowy pas ziemi wewnątrz kraju.

(fot. źródła)

Na pierwszej linii rozstawieni byli żołnierze z karabinami w odległości 200 do 600 kroków, drogi na noc bronowano, ślady tropiono z psami. Baczono, by żadna żywa istota, prócz ptaków, nie przeszła przez granicę. Zaś cały ruch tych istot kierowano do określonych punktów, gdzie dozór graniczny jest niejako zgęszczony i gdzie wszystko: ludzie i ich pakunki, towary podlega rewizji oraz może otrzymać pozwolenie na przekroczenie granicy. Są to komory i przykomórki.

Druga linia, linia kordonów, szerokości jednego, dwóch kilometrów przecinała wszystkie drogi idące od granicy. Wysyłano przede wszystkim konne patrole w różne strony, by rewidowały wszystko, co się przewijało przez drogę, a nie było zaopatrzone w legitymację pierwszej linii. Tutaj też na przecięciu jakiejkolwiek drogi stały koszary straży, zwane kordonami. Straż i patrole to byli wojskowi, najczęściej Kozacy. W komorach, gdzie rewidowano podróżnych, nakładano cła od towarów importowanych oraz wizowano paszporty pracowali cywilni "czynownicy".

     Najbardziej znaną krakowianom i proszowianom w czasach zaborów była komorą celna na Baranie. Tędy długo wiódł główny szlak handlu zbożem i tędy najczęściej jeździli oni do krewnych, znajomych, do swych majątków, na tereny tak bliskie i przez stulecia połączone z Krakowem licznymi więzami.

     Jeszcze w roku 1825 Kazimierz Girtler często jeżdżący do swego folwarku w Łyszkowicach koło Proszowic notował: kto ino był w Krakowie w księdze ludności zapisany, od wójta brał kartkę, okazywał ją w policji i natychmiast otrzymywał paszport. Nie było potrzeba protekcji, by go najpośledniejszy człowiek w jednej nie miał godzinie.
(fot. źródła)

     Ale w 1852 roku pisze Girtler: [...] Chcąc zyskać paszport z Krakowa do Polski za każdy raz składałem świadectwo carskiego naczelnika powiatu, że mam za kordonem dzierżawę dóbr, że spokojnie się tam zachowuję.

Z tym świadectwem szło się w Krakowie do komisarza dystryktu; z kartą od niego szedł paszport do Gubernium, a te posyłało go do Wiednia, do ambasady rosyjskiej po wizę, która służyła tylko na dwa przejazdy, choć paszport był roczny. Nawet przy protekcji ten miluchny taniec paszportowy trwał najkrócej dwa miesiące. [...]

A potem dopiero granica i dziesiątki szykan, których na wołowej skórze nie spiszesz. Trzepanie bagaży, nieufność, podejrzliwość [...]
.

     Ludność zamieszkująca tereny po rosyjskiej stronie w tym mieszkańcy Proszowic o tyle mieli gorzej, że władze rosyjskie nie wydawały paszportów na przekroczenie granicy.

     Typowa scenka z pamiętników Girtlera: [...] Urzędnik Markow, nieraz, choć już bryczkę i tłumoki rewidowano, kazał je ponownie przetrząsać. Dywanik, którym siedzenie było nakryte położyć kazał na bruku i nań wykładać, osobno poduszkę, kołdrę, a wszystko macać, miąć, trząść czy zaś nie ma czegoś wewnątrz; w małej toaletce drobiazgi przepatrzyć, w sukniach kieszenie i podszewki zrewidować, furmana obmacać. Miałem w wazonie dużym jakąś plantę, i ją oglądał. Mówię do furmana: "Wyciąg z ziemi bo tam może co być." Spojrzał Markow zyza, ale się nie odezwał [...] Pilnował nieźle, bo sam za to kradł za wszystkich [...]. Kwitło na komorach złodziejstwo, donosicielstwo i korupcja. Straż kozacza - pisze Girtler - przemycaczy chwytała, a sama najlepiej przemycała. Z czasem restrykcje złagodniały, wprowadzono przepustki dla mieszkańców strefy nadgranicznej, ale na cle było do końca po dawnemu.

Kiedy więc wybuchła oczekiwana już od dawna wojna i padły kordony radość była po obu stronach ogromna.

opracowanie: Adrian Bryła   

(fot. źródła)


ŹRÓDŁA, BIBLIOGRAFIA:
  1. Kazimierz Girtler; Opowiadania tom I i II - pamiętniki z lat 1803-1857; Wydawnictwo Literackie; Kraków 1971

  2. fortyck.pl
  3. kocmyrzow-luborzyca.ug.gov.pl
  4. facebook.com/Luborzyca

Artykuł pochodzi ze strony: Internetowego Kuriera Proszowskiego
Zapraszamy: http://www.24ikp.pl/skarby/felietony/miejsca/20210911luborzyca_komora/art.php