facebook
Byłem tam! - cz. I

    Dzisiaj jest wtorek, 20 sierpnia 2019 r.   (232 dzień roku) ; imieniny: Bernarda, Sabiny, Samuela    
 |   serwis   |   wydarzenia   |   informacje   |   skarby Ziemi Proszowskiej   |   Redakcja   |   tv.24ikp.pl   |   działy autorskie   | 
 |   kultura-oświata   |   sport   |   społeczeństwo   |   mieszkańcy   |   natura   |   w szerszej perspektywie   |   foto - relacje   | 

serwis IKP / w szerszej perspektywie / Byłem tam! - cz. I
O G Ł O S Z E N I A
patronaty IKP


Byłem tam! - cz. I

kwiecień 1960 r., nowohucki Plac Centralny
(fot. m.interia.pl / z archiwum IPN)

16-04-2019

     W latach 1959-1960 pracowałem w Nowej Hucie pod Krakowem "na kombinacie" metalurgicznym im Lenina. Tak miasto jak i zakład były nowe, jeszcze w budowie. Do całkowitego zakończenia budowy tak miasta jak i zakładu metalurgicznego było jeszcze daleko. Ciągły brak pracowników sprawiał, że po okolicznych wioskach jeździli pracownicy Huty, którzy werbowali ludzi do pracy. Takim sposobem też ja dostałem się do pracy w Nowej Hucie w nazwie i rzeczywistości Nowej.

     W kombinacie pracowało się na trzy zmiany po osiem godzin: ranną, popołudniowa i nocną. Natomiast mieszkałem w bloku robotniczym kilka kilometrów od kombinatu. Do bramy głównej dojeżdżało się tramwajem, natomiast do miejsca pracy zakładowym autobusem. Pewnego dnia, kiedy, pracowałem na nocną zmianę, przyjechałem do mieszkania po nocce i położyłem się spać. Kiedy nadeszła pora obiadowa, wstałem, ubrałem się i poszedłem na obiad. Mieszkałem na osiedlu A0, natomiast stołówka była na osiedlu A1. Pomimo, że było to inne osiedle, to nie było jednak daleko. Niespełna trzysta metrów na skróty. Na skróty tzn. prostą ścieżką wydeptaną wśród trawników na przełaj.

     W tymże wspomnianym czasie wyszedłem z mojego bloku i wszedłem na wspomnianą ścieżkę wydeptaną naprzeciwko drzwi tegoż bloku. Dzień pogodny, wszędzie czuć zapach wiosny, wszakże był już kwiecień 1960 roku. Idę sobie w wesołym nastroju, nagle słyszę ostry gwizd jakiegoś gwizdka podobny do tego, który jeszcze nie tak dawno kupowaliśmy sobie na odpuście jako dzieci i gwizdaliśmy do woli. Taki gwizdek nazywaliśmy "ciurkotek". Obejrzałem się i widzę jakiegoś młodego milicjanta dającego mi znać ręką, co zrozumiałem, że mam się zatrzymać i wrócić do niego. Udałem, że nie rozumiem czego on ode mnie chce i stojąc w miejscu zacząłem wołać: co? Powtarzając to kilka razy zmusiłem go do podejścia do mnie.

     Kiedy podszedł zapytałem: co się stało panie władzo? Ja Wam tu dam co się stało, jak was wołam obywatelu, to należy polecenie wykonać i przyjść do mnie. Zrozumiano? Widząc, że nic na jego gadanie nie reaguję zapytał ponownie: Zrozumiano? Nie bardzo, bo nie wiem o co chodzi. Zieleńce niszczycie obywatelu, chodzicie po trawniku powiedział. Nie po trawniku, tylko po gołej ziemi mówię. Ale zanim zrobiła się goła ziemia, to najprzód był trawnik - powiedział. Nie prawda panie władzo, bo już ponad dwa lata tu mieszkam i tak było jak teraz, żadnej trawy nie było, powiedziałem. Co wy tu z władzą będziecie się kłócić, wyciągnął pałkę i do mnie, a ja w nogę i uciekam. On za mną. Ja biegnę tą ścieżką na stołówkę, on za mną.

     Ja wpadłem na stołówkę, on za mną. Zrobiło się poruszenie. Zacząłem krzyczeć: on mnie bije! Wiele znajomych wstało i idą w naszym kierunku. Usiadłem przy stoliku. On też. Położył palec na ustach i półgłosem mówi: cisza, ani słowa. Przecież nic nie mówię, ja na to. W tym: rozejść się stąd krzyknął stłumionym głosem do tych, którzy się zbliżyli, a oni nic. Stoją i już. Dopiero kiedy skinąłem ręką i powiedziałem idźcie, nic się nie dzieje, odeszli i z oddali obserwowali co się dzieje.

     Milicjant półgłosem powiedział do mnie: mandat 50 zł. A kiedy powiedziałem, że nie mam pieniędzy wtedy ten pan "władza" zażądał ode mnie dowodu osobistego i powiedział, że spotkamy się na kolegium. Więc co miałem robić? Z milicjantem nie wygram.

     Milicjant spisał moje dane osobowe i jak powiedział, tak zrobił. Oczywiście zrobił wniosek do kolegium orzekającego ds. wykroczeń i na tym jego działalność się skończyła. Po upływie odpowiedniego czasu dostałem wezwanie do stawienia się przed kolegium w oznaczonym dniu i czasie. Oczywiście poszedłem, bo gdybym nie poszedł, to zostałbym ukarany zaocznie, a dodatkowo byłbym ukarany za niestawiennictwo. Więc wolałem iść do budynku Rady Dzielnicy, gdzie to kolegium się mieściło.

     Usiadłem w korytarzu pokornie na krześle i czekam, aż mnie zawołają. Po niezbyt długim oczekiwaniu w drzwiach ukazała się młoda pani i donośnym jak na jej wygląd głosem powiedziała: Zdzisław Kuliś. Jestem odpowiedziałem, to proszę, ona na to i zniknęła za drzwiami. Tuż za nią wszedłem ja. Tam za biurkiem siedział jeden, jedyny pan i tuż obok niego usiadła ta pani. Tyle ich tylko, pomyślałem, to i dobrze. Stoję i czekam co będzie dalej. Proszę podejść bliżej mówi w średnim wieku pan. Podszedłem. Zaczęło się sprawdzanie danych osobowych, a po tym: wyście szli po zieleńcach na Osiedlu A0. Szedłem proszę Pana, ale nie po zieleńcach, tylko wydeptaną szeroką na metr ścieżką, gdzie było widać gołą ziemię i po tej ziemi szedłem. To nie przyznajecie się do winy? Powiedział. Do tego, że szedłem po zieleńcach nie. A on podenerwowany wstał z krzesła i podniesionym głosem mówi: ścieżka nie ścieżka tam powinien być zieleniec, ale przez takich jak pan tak one wyglądają. Kończymy posiedzenie. Wymierzam Panu 50 złotych kary i 50 złotych kosztów. Proszę poczekać na korytarzu na orzeczenie i pouczenie gdzie i w jakim czasie kwotę tą należy wpłacić.

     Miałem powiedzieć dziękuję, ale pomyślałem błyskawicznie, a za cóż ja mam dziękować, że karę dostałem? Nie powiedziałem nic i wyszedłem. Usiadłem na krześle i siedzę zadowolony jak rzadko kiedy, że taką małą karę dostałem. Nigdy nie byłem na kolegium, a koledzy straszyli mnie, że kolegium kar nie żałuje i mogę dostać od 500 do 1000 złotych, więc z tego co dostałem byłem zadowolony. Każdego grosza nie potrzebnie wydanego szkoda, ale bez tych 100 złotych też przeżyję. Za chwilę wyszła ta sama nawet dość ładna pani, wręczyła mi te papiery, co mi miała wręczyć, a ja zagadałem: a jak nie zapłacę, to co będzie? Spojrzała na mnie nawet lekko się uśmiechnęła i powiedziała: lepiej niech pan zapłaci i już jej nie było. Zniknęła za grubo wyciszonymi drzwiami, a ja nie wiadomo kiedy znalazłem się na ulicy. Był początek kwietnia, jak na te porę roku dość ciepło, a w powietrzu pachniało wiosną.

     Poszedłem do swojego mieszkania, usiadłem, była godzina po jedenastej, to jeszcze mam trochę czasu na zjedzenie czegoś dobrego, jakąś kanapkę naszykować do pracy, bo o trzynastej trzeba wyjść, aby na 14 - tą zdążyć do pracy. W mieszkaniu nie było nikogo, więc siedziałem i jedząc rozmyślałem o wszystkim i o niczym. Nie lubiłem być sam, bo wtedy nuda była spotęgowana. Przejrzałem te papiery i doczytałem się, że karę mam wpłacić do dnia 30 kwietnia, a po tym terminie będą naliczane odsetki karne. Trzeba o tym terminie pamiętać, żeby nie płacić odsetek.

     Czas biegł szybko i nie wiadomo kiedy minął 20 kwiecień. Przypomniałem sobie, że mam zapłacić karę, ale odkładałem z dnia na dzień, tłumacząc sobie, że do 30 jeszcze daleko. Aż nadszedł dzień 26 kwietnia, chodziłem wtedy do pracy na nockę i postanowiłem, że na drugi dzień jak tylko przyjadę z pracy pójdę uregulować tą należność. Jak zamyśliłem, tak zrobiłem.

27 kwietnia 1960 r., zgromadzenie wokół krzyża
(fot. m.interia.pl / z archiwum IPN)

     Był 27 kwietnia 1960 roku, dzień ciepły i dość pogodny. Przyjechałem z pracy około godziny siódmej, zrobiłem sobie śniadanie, a po śniadaniu poszedłem do tramwaju, którym pojechałem do Dzielnicowej Rady, tak aby po godzinie ósmej tam być. Planowałem szybko wrócić, bo trzeba przecież iść spać po nocce, żeby na następną noc być wypoczętym i gotowym do pracy. W kasie szybko załatwiłem, pokazałem tylko orzeczenie Kolegium, kasjerka wypisała kwit, zapłaciłem i było po sprawie.

     Wyszedłem na ulicę, rozejrzałem się w lewo, potem w prawo i właśnie patrząc w prawo zobaczyłem w oddali grupkę ludzi. Coś się tam chyba dzieje, pomyślałem, zapewne jakiś wypadek drogowy, albo zwyczajna kraksa. Zaciekawiony ruszyłem wolno w tamtą stronę. Idę, idę i jestem coraz bliżej, żadnego samochodu tam nie widzę, tylko około dziesięć osób, przeważnie kobiet stoi w kółku, tworząc swego rodzaju wianuszek i bez przerwy rozmawiają półgłosem patrząc na mnie podejrzliwie. Stanąłem i ja blisko nich i nic nie mówiąc staram się połapać o co tam chodzi. Wypadku drogowego, ani stłuczki na pewno nie było, bo tam nie ma żadnego śladu, a ponadto po co by ci ludzie tam stali jak już po wszystkim.

     Początkowo nie zwróciłem uwagi na stojący tuż obok Krzyż. Wysoki, dość solidny drewniany Krzyż z wizerunkiem Pana Jezusa u góry. Spojrzałem moim wzrokiem dalej i widzę plac, duży plac, który już widziałem nie jednokrotnie i krzyż też. Ale przedtem wyglądało to jakoś inaczej. Plac był w miarę równy, utrzymany na nim porządek, a obok placu stał Krzyż, przy którym często leżały kwiaty, a niejednokrotnie ktoś się modlił. Teraz natomiast plac był rozkopany, a na jego środku (mniej więcej tak oceniam teraz) stał spychacz. Nie wyglądał on równiutko postawiony w odpowiednim miejscu jakby zaparkowany celowo, tylko stał niedbale w rozkopanej ziemi, przechylony na bok. Wyglądało, to tak jakby ktoś na nim pracował i musiał nagle opuścić stanowisko pracy. Krzyż natomiast stał przy tym placu, a obok niego w bezpośredniej bliskości była skopana ziemia. Co jest grane? Nie dawało mi to spokoju. Ludzi przybywało, a mnie nawet do głowy nie przyszło, że to o Krzyż chodzi.

     Nie zważając na to jaką dostanę odpowiedź, zapytałem półgłosem najbliżej mnie stojącego człowieka w średnim wieku: nie wie Pan co się tu stało? To stoisz Pan tu i nie wiesz co się stało huknął na cały głos. A krzyż nam chcieli zabrać. Przyjechali autem we czterech i chcieli go wykopywać. Teraz, to już wszyscy, którzy tam byli dowiedzieli się tego, czego nie wiedzieli i ja też. Kiedy zaspokoiłem ciekawość pomyślałem, że trzeba iść do mieszkania i położyć się spać, bo nagle zacząłem ziewać. Popatrzyłem jeszcze wkoło, nic się nie dzieje, żadnej milicji nie ma, tyle tylko, że ludzi przybywało. Gdy odchodziłem wg mojej oceny była ich około setka.

     Kiedy odszedłem kilkanaście metrów stała młoda panienka mniej więcej w moim wieku, a obok niej stało ocynkowane wiadro pełne świeżych czerwonych róż. Spojrzałem na te róże jako, że bardzo lubię kwiaty, a szczególnie róże w tym słyszę cieplutki głosik kwiaciarki: niech Pan kupi różę. Odwróciłem głowę i patrząc na nią zapytałem: co? Róże? Tak róże odpowiedziała. To niech Pani da jedną. Ile płacę? 5 złotych odpowiedziała. Wziąłem różyczkę w rękę, zawróciłem i poszedłem w kierunku Krzyża. Kiedy podszedłem pod Krzyż ludzie tam stojący widząc, że niosę różę domyślili się, że chyba chcę ją położyć przy Krzyżu, zrobili mi przejście i swobodnie doszedłem do Krzyża, bez słowa położyłem obok tam leżących innych kwiatów i odszedłem. Kiedy byłem w pobliżu kwiaciarki, spojrzałem na nią, a ona lekko się uśmiechając wydawało mi się, że mówi dziękuję.

     Szedłem do domu ulicami powoli na piechotę, już nawet do tramwaju nie wsiadałem i tak sobie myślę. Po co oni ten krzyż chcieli stamtąd usunąć? Z tego co wiedziałem, to tyle, że tam właśnie na Osiedlu Teatralnym na tym placu miał być budowany kościół. Skoro tak, to po co usuwają krzyż. Wszędzie przy kościołach są krzyże. A szkoda myśleć, bo nic w pojedynkę nie wymyślę, może się później czegoś dowiem. I poszedłem w swoim kierunku. Przypomniała mi się też dziewczyna z kwiatami, taka młoda i taka ładna, szkoda że z nią nie pogadałem, może by jakaś znajomość się nawiązała. Zaszedłem do mieszkania, napiłem się herbaty po cichutku, żeby nie budzić kolegów, którzy spali kamiennym snem, położyłem się na tym moim najnowszym cudzie techniki żelaznym łóżku i nijak nie mogłem zasnąć. Przewracając się z boku na bok obudziłem moich kolegów, bo te łóżkowe sprężyny odstawiały taki koncert, że nawet umarłego by obudziły. Potem zasnąłem.

     Obudził nas dopiero donośny głos hotelowej: wy tu śpicie, a nie wiecie co się dzieje na mieście! Co się dzieje? zapytaliśmy wszyscy wraz. Rewolucja, powiedziała i poszła. Nie wiem dlaczego, ale od razu skojarzyłem sobie to co powiedziała z tym wydarzeniem, które widziałem rano. Była godzina około osiemnastej.

     Ubraliśmy się w pośpiechu i poszliśmy w kierunku Placu Centralnego. Tłumy ludzi wypełniały ten Plac do ostatka i przylegające do niego ulice, a najwięcej w kierunku Placu Teatralnego. Jedynie tylko jezdnie były wolne i to nie zupełnie, bo samochody i tramwaje mają jazdę bardzo ograniczoną. Udało nam się przecisnąć jak najdalej jak było to możliwe w tamtym kierunku, bo wiedziałem że zarzewie tego wszystkiego znajduje się tam wokół krzyża. Ale o tym nie było mowy, tak było gęsto, że przejście tam było nie możliwe, a ponadto milicja skutecznie blokowała ruch w tamtym kierunku. Więc stanęliśmy z kolegami z naszego mieszkania w tym tłumie przy Placu Centralnym na chodniku, który był usytuowany dużo wyżej niż jezdnia przed sklepem "Markiz". Umożliwiło to nam lepszą obserwację tego co się dzieje. Plac jak i inne ulice Nowej Huty były jeszcze oświetlone, to widok był dobry przynajmniej tych tłumów, które tam były.

     W pewnym momencie ktoś dość głośno zawołał: chyba posiłki jadą, bo tyle samochodów jedzie od strony Krakowa. Za chwilę ktoś inny: pewnie wojsko sprowadzili. Spojrzałem w tamtym kierunku i widzę cały szereg świateł samochodowych jedne za drugimi zbliżających się w szybkim tempie do ronda przy Placu Centralnym. Do tej pory mam przed oczami te migające kierunkowskazy ich samochodów sygnalizujące, że będą skręcać w lewo (patrząc od ich kierunku jazdy). I skręcają jeden po drugim. Pierwszy, drugi, piąty, dziesiąty i Bóg wie ile ich było, bo tak się to wszystko szybko działo, że nie sposób ich było dokładnie policzyć.

     Były to samochody ciężarowe, odkryte, a każdy z nich wypełniony po brzegi ZOMO-wcami stojącymi na tych samochodach ściśle jeden obok drugiego w hełmach ochronnych i długich płaszczach z pałkami przy boku. Wszystko koloru stalowego wyglądało bardzo groźnie. Pierwsze trzy samochody zatrzymały się przy Placu Centralnym w pewnej odległości jeden od drugiego. Jeden z nich zatrzymał się w pobliżu mnie, więc widziałem tych ludzi dokładnie.

cdn.

Zdzisław Kuliś   



idź do góry powrót


 warto pomyśleć?  
Ból to słabość opuszczająca twoje ciało.
(mądrość ludowa)

sierpień  20  wtorek
sierpień  21  środa
sierpień  22  czwartek
sierpień  23  piątek
[18.00]   (Proszowice)
Walne Zebranie w Stowarzyszeniu "Gniazdo - Ziemia Proszowicka"
DŁUGOTERMINOWE:


PRZYJACIELE  Internetowego Kuriera Proszowskiego
strona redakcyjna
regulamin serwisu
zespół IKP
dziennikarstwo obywatelskie
legitymacje prasowe
wiadomości redakcyjne
logotypy
patronat medialny
archiwum
reklama w IKP
hierarchia
parametry
miejsce prezentacji
ceny
przyjaciele
copyright © 2016-... Internetowy Kurier Proszowski; 2001-2016 Internetowy Kurier Proszowicki
Nr rejestru prasowego 47/01; Sąd Okręgowy w Krakowie 28 maja 2001
Nr rejestru prasowego 253/16; Sąd Okręgowy w Krakowie 22 listopada 2016

KONTAKT Z REDAKCJĄ
KONTAKT Z REDAKCJĄ         KONTAKT Z REDAKCJĄ         KONTAKT Z REDAKCJĄ         KONTAKT Z REDAKCJĄ         KONTAKT Z REDAKCJĄ