Na Golgocie


7-04-2023 (22-03-1902)

     W tym dniu prezentujemy za Tygodnikiem Illustrowanym z 22 (9) marca 1902 utwór Marii Colonny Walewskiej, przedstawiający jej wizję tego czego tajemnicę przezywamy teraz... Troszkę niestandardowe podejście do tematu - polecam.

     Starałem się jak najmniej ingerować w tekst, pomimo, że teraz mamy troszkę inna pisownię i gramatykę. Zapraszam do lektury - grafika również pochodzi z tego samego źródła.

red.   

Wilhelm Kotarbiński  (fot. źródła)

Na Golgocie

Rwała się, pijana z bólu, ku wzgórzu, na którem tłum wznosił słup jakowyś-słup widocznie ciężki, bo wnoszący zmęczeni, zdyszani opuszczali go co chwila na ziemię i na nowo podnosili...

A ona, rozszalała, dzika z nadmiaru cierpień, wściekła, z wzrokiem, utkwionym krwiożerczo nie w pal, który podnoszono, lecz w ów tłum. borykający się z drzewcem, zdawała się być lwicą, której lwięta w oczach rozdzierają...

Dwie niewiasty trzymały ją za ramiona, hamując jej gwałtowne ruchy i zmuszając do stania w miejscu...

Nagle...

Fala tłumów zakołysała się na wzgórzu... wrzask niesłychany, zamykający w sobie całą gamę uczuć ludzkich i nieludzkich, rozległ się w powietrzu, a ku niebu wzniosły się trzy pale.

Olbrzymie... z rozłożonemi ramiony, jakby na znak groźby czy błogosławieństwa, zarysowały się one na ołowianem tle nieba...

Trzy ciała zwisały na nich... wyprężone... z okrwawionemi kończynami...

Szarpiąca się opodal poczęła złorzeczyć nieludzkim głosem, skurczone ręce wyciągając ku jednemu z wisielców.

- Synu! synu!... - wołała ochryple - niech za męki twoje oni wszyscy w mękach zginą... Niech im wszystkim w ich oczach i żony, i matki, i dzieci wymordują...

A skazańcy wysoko, nad tłumem... jakby zdrętwiali i martwi... jakby obojętni na ból własny... na ból swoich i na owe szalone wybuchy śmiechu rozbestwionej tłuszczy, wisieli nadzy... z rozpiętemi ramiony... świecąc brunatnemi plamami krwi...

Sznury wpijały im się w odkryte piersi i kolana, a w dłoniach i stopach czerniały żelaza Chwilami wznosiły się ich piersi, jakby w łkaniu i opadały powoli z jękiem i rzężeniem... Coś im grało w tych piersiach... chrapliwie, głucho... a po zsiniałych policzkach spływały łzy...

Wszak oni mieli za sobą cały szereg dni strasznych... okrutnych, i pochód na to wzgórze Trupich Głów, i wreszcie samą mękę rozpięcia... przed sobą zaś - długie godziny tortur i śmierć najokropniejszą ze wszystkich śmierci...

Wszak oni konać mieli całemi godzinami w przytomności tych rzesz, obserwujących z drapieżnością zwierzęcą każdy ich ruch, napawających się z lubością każdym ich jękiem i skargą... Wszak oni mieli zginąć jako złoczyńcy najhaniebniejszą śmiercią na świecie, wyszydzani i wyśmiewani do ostatniej godziny...

Jeden z nich, wiszący po środku, oczy miał otwarte, oczy czarne jak węgiel, patrzące z jakimś królewskim spokojem, jakąś nieopisaną słodyczą... Patrzał długo... na miasto najpierw, wyłaniające się z mgieł... później wzrok Jego zsunął się ma zwartą falangę głów ludzkich i zatrzymał się tu - pełen bólu... pełen natchnienia i - dziw! - jakoby ojcowskiej miłości...

Ciało Jego odbijało alabastrową białością od brunatnej kory drzewa... ręce delikatne, przytwierdzone gwoździem do palibulum słupa, nie kurczyły się jak dłonie dwóch wiszących obok złoczyńców. Otwarte i wzniesione, zdawały się błogosławić oprawcom... zdawały się błogosławić i tym, którzy płakali, i tym. którzy złorzeczyli u stóp Jego... zdawały się błogosławić urbi et orbi - miastu i światu... zmarłym i żyjącym sprawiedliwym i niesprawiedliwym...

Głowę Jego, wzniesioną nadludzkim wysiłkiem, a jednak ruchem pełnym majestatu, okalał splot cierni.. Może na innej głowie wieniec ten byłby rzeczywiście godny pośmiewiska - na głowie Jego jednak - bolesnej a królewskiej, splot ten nie dziwił... Był on bowiem oznaką bólu, a przypominał oznakę królewskiej godności... Kolce tworzyły rodzaj dyademu, a krople krwi świeciły w nich blaskiem rubinów...

Czasami zdawało się, że wejrzenie Ukoronowanego nabiera jakiejś mocy dziwnej - jakiejś potęgi .. jakiejś siły olbrzymiej... boskiej... że usta Jego, wykrzywione z bólu, otwierają się do rozkazu, a rozkaz ten zabrzmi jak grzmot i światem wstrząśnie w posadach, a rzeszę głów ludzkich przytłoczy do ziemi, i każe im bić pokłony przed Tym, którego krzyżują...

Powoli jednak gasły blaski w tych źrenicach... mgła zasłaniała je, a ból fizyczny zmuszał powieki do przymknięcia... I spuszczały się one w omdleniu, bez jęku, bez skargi, jakby On wiszący dobrowolnie rozpiął ramiona, jakby On sam sobie gwoździe powbijać kazał w dłonie... jakby On to wszystko z góry przewidział i wszystko z jego woli się działo...

- Jeszua!... król żydowski... prorok!... - zaryczał tłum.

Wiszący otworzył oczy... Przybrały one znowu na chwilę owe blaski wszechmocy i siły, ale tylko na chwilę... Słup bowiem zachwiał się nagle, poruszony wiatrem... ciało drgnęło, osuwając się wolno w dół i drąc rany w dłoniach... Usta poruszyły się szybko, ale nie wydały głosu...

Tłum patrzał nań, wyciągając do Niego zaciśnięte ręce w groźbie i szyderstwie... a On patrzał na nich, z góry, jako mocarz z tronu patrzy na poddanych. Wzrok Jogo ślizgał się z głowy na głowę, jakby liczył zebranych... wreszcie spojrzał na otoczenie bliższe, na ową niewiastę, szamocącą się ciągle i rwącą się do słupa jednego ze złoczyńców...

Spojrzał... a ona jakby uczuła ten wzrok na sobie, bo od krzyża złoczyńcy odwróciła głowę i pałające rozpaczą, dzikie źrenice utkwiła w Niego...

Wzrok jej spotkał się z Jego wzrokiem... i za Jego rozkazującem spojrzeniem zsunął się na podnóże krzyża... Umilkła nagle i znieruchomiała, jakby ją jakowaś moc zmusiła do milczenia i spokoju...

Pod krzyżem stała niewiasta, piękna, acz niemłoda, smukła, o twarzy ściągłej, tak bladej, jak gdyby kropli krwi w niej nie było, o oczach ciemnych, patrzących wysoko ponad ich głowy, i uściech zbielałych, wąskich, pełnych nie wysłowionego bólu, a tak słodkich, tak dziwnie słodkich...

Ręce miała złożone, i więcej było bólu w jej postaci, niż w owych rozpiętych na krzyżu, niż w owych wisielcach z przygwożdżonemi rękoma i poranionem ciałem... I więcej było w niej spokoju, niż w owych nieszczęsnych, którym ruch najlżejszy był męczarnią...

A jednak... usta onej cierpiącej nie miotały przekleństw... a jednak ręce jej nie wyciągały się z groźbą ku tłumom... Cicha i milcząca słuchała obelg gawiedzi, skrzypu pali poruszanych wiatrem, i głuchego, rozdzierającego ryku złoczyńców... Słuchała... a może i nie słuchała... Bo czasami, czasami zdawało się, że to jej cień stoi pod krzyżem, a ona sama znikła gdzieś w przestworzu i unosi się wysoko ponad tą ziemią, ponad tem pospólstwem, pełnem drapieżnych instynktów, ponad bólem ziemskim, ponad jęki ludzkie...

- Kto ona? Kto ona? pytała się w duszy matka złoczyńcy, bo jej wzrok jakby coś przykuło do tej stojącej naprzeciw, bo ją coś ciągnęło ku tej bolesnej, a słodkiej niewieście, bo jej coś mówiło, że ona jedna pocieszyć ją zdoła... Patrzała w nią z lękiem jakimś i pokorą, ale zrozumieć nie mogła, co czuje ta niewiasta o pogodnem czole, bez bruzd, bez zmarszczek, jeno z siatką drgających, nabrzmiałych żył...

Nie... tych uczuć pojąć nie mogła kobieta, wychowana pod skwarnem słońcem Judei, znająca jego instynkty gwałtowne, namiętne, tak gorące, jak owo słońce, które ogniem swym pali ziemię, a bronzową barwą pociąga oblicza...

- Panie! kto ona niewiasta pod krzyżem? - spytała idącego żołdaka. Ale żołdak przeszedł mimo, nie odpowiedziawszy. - Nie Wiecie, Lia? - odparła jedna z trzymających ją niewiast. - To Marya z Nazaretu, matka Jezusa Galilejczyka - i palcem wskazała na wiszącego pośrodku.

- Matka jego... - powtórzyła Lia, jakby dla upewnienia siebie. - Matka jego...

Uczuła zarazem, że widok tej kobiety, stojącej naprzeciw, działa na nią jakoś dziwnie, że ten ból, który rozsadzał jej piersi, drętwieje jakoby i zamiera. Nie... czyż naprawdę nic jej już nie boli, choć tam wysoko syn jej rodzony kona w nieludzkich katuszach? Nie... czyż ona naprawdę cierpieć przestała? Czuła, że się coś rwie w jej piersiach, głęboko... ale już ani jęczeć, ani złorzeczyć nie mogła, ani szat drzeć, ani kąsać niewiast, które ją przytrzymywały...

Coś się w niej stało.

I nagle przypomniała sobie, że Tego wiszącego pośrodku widziała już niegdyś... przypomniała sobie, że raz szła rzesza wielka za Nim, ona za rzeszą, ciekawa proroka, o którym opowiadano w Judei, a On mówił głosem spokojnym, głosem takim, jakiego ona nigdy przedtem i nigdy potem nie słyszała w życiu. I mówił coś, czego ona dobrze nie rozumiała, ale co jej dorywczo utkwiło w pamięci.

Między górą Tabor a jeziorem Genezaret stanął tłum zasłuchany, wpatrzony w Niego, a On usiadł na wzgórzu i spojrzał na nich tak, jak teraz z krzyża spoziera, i mówił:

"Błogosławieni, którzy płaczą, albowiem oni będą pocieszeni... Błogosławieni cisi, albowiem oni posiędą ziemię... Błogosławieni jesteście, gdy wam ludzie złorzeczyć i was prześladować będą..."

Bezwiednie podniosła oczy ku Temu, który te dziwne głosił słowa... i może także bezwiednie uklękła, ale raczej przed ową matką, stojącą pod slupem, na którym syn jej rodzony zwisał w omdleniu... przed ową matką, tak bolesną a tak cichą, jakby oprawcom swego dziecięcia przebaczała, a Bogu dziękowała za bóle, "albowiem błogosławieni cisi... płaczący... miłosierni... albowiem błogosławieni, którym ludzie złorzeczą..."

Niewiasty, trzymające ją, puściły jej ramiona, zdziwione nieco zaszłą w niej zmianą. A ona próbowała wstać, ale nie mogła, przyczołgała się więc na klęczkach do owej Maryi z Nazaretu i, chwyciwszy rąbek jej płaszcza, przycisnęła do niego spieczone i drżące usta.

Marya obudziła się z bolesnej zadumy. Po co ją budzono?... Po co ją przybijano powtórnie do tego krzyża, na którym wisiał jej Syn, na którym i ona wisiała w bólu i niepojętych męczarniach, ale z oczyma utkwionemi w blask jakowyś olśniewający, płynący z tych chmur ołowianych, ale z myślą skierowaną ku tej przeszłości drogiej, anielskiej, i tej przyszłości jasnej, do której dążyło posłannictwo jej Syna...

Po co przygważdżano ją na nowo do tego narzędzia tortur? Po co? na co?...

- Maryo! Maryo! - zajęczał glos u jej stóp. - I mój syn wisi na krzyżu... zali mnie, niegodnej, nie rzekniesz słowa pociechy... ty, matko proroka?...

Marya z Nazaretu rozkrzyżowała jakby w natchnieniu białe ręce i złożyła je na głowie schylonej: - On uczył, siostro... - rzekła głosem stłumionym. - On uczył, że jarzmo Jego lekkie, że Bóg uczyni sprawiedliwość wołającym do Niego we dnie i w nocy, że nie będzie cierpiał udręczenia ich... Idź, siostro, w pokoju, a On uczyni sprawiedliwość i pociechę wleje w serce twoje...

Lia zajęczała głucho... - Maryo! ty mówisz do mnie: "Idź, siostro, w pokoju," a usłysz jeno, wszak syn mój lży syna twego!

Marya podniosła męczeńskie oczy ku wiszącemu nad ich głową, jakby z ust Jego oczekiwała odpowiedzi... A On spojrzał na nią ze czcią i miłością, później na tych wszystkich bluźniących Jemu i matce Jego, i rzekł głosem wielkim i błagalnym: "Ojcze, odpuść im, bo nie wiedzą co czynią".

Lia wstała chwiejna, zgarbiona, ze skrzyżowanemi rękoma... podeszła ku palowi syna i stanęła tam jak posąg bólu i cierpień. Spojrzała w dół...

Rzesze nowe napływały z miasta, rozsiadały się na wzgórzu, i ryczały nieludzkimi glosami, lub wybuchały przeciągłym śmiechem... Tysiące rąk wyciągały się ku krzyżom na szczycie i groziły im... A obelgi i złorzeczenia płynęły coraz potężniejsze... coraz bardziej zwierzęce... coraz mniej ludzkie...

Chwilami milkło wszystko, jakby piorunem rażone...

Nagle z krzyżów padało słowo jakieś, ochrypłe, błagalne - tłum pochwytywał to słowo... Podawane z ust do ust, spływało ono, aż hen... w kotlinę i tam odbite wracało jak grzmot, całą gamą piekielnego śmiechu, obelg i przekleństw...

Lia stała ciągle obumarła, bardziej do żywych niepodobna, niż ów człowiek, wiszący na palu... obojętna na groźby... obojętna na szyderstwa...

Słońce skryło się za opony chmur, a chmury te były tak czarne, tak gęste, że noc zapanowała nad światem, choć południe niedawno minęło...

- Eli! Eli! lama sabatani!... - zawołał glos męczeński ze środkowego krzyża.

Lia drgnęła... Zdawało jej się, że po tym okrzyku usłyszała jęk jakowyś obok, i glos Maryi z Nazaretu: "Boże, Boże! odpuść im, bo oni nie wiedzieli, co czynią!..."

I pchnęło ją coś na obydwa kolana i wymówić zmusiło dziwne słowa jej ustom, miotającym dotychczas jeno przekleństwa... Boże! odpuść mnie, jako ja im odpuszczam...

I przebaczyła ona w tej godzinie oprawcom syna... przebaczała tym wszystkim, rzucającym jej w twarz obelgi... przebaczyła nie tyle w imieniu owego rozpiętego na krzyżu z niezrozumiałemi słowy na uściech, a natchnionym, proroczym ogniem w źrenicach... ile w imieniu onej matki stojącej w mękach pod krzyżem syna, bez cienia nienawiści... onej matki, modlącej się za katów Dziecięcia swego, głosem złamanym, a pełnym słodyczy:

- Boże! odpuść im, bo oni nie wiedzą, co czynią!...

Marya Colonna Walewska   

źródła: Tygodnik Illustrowany

Artykuł pochodzi ze strony: Internetowego Kuriera Proszowskiego
Zapraszamy: http://www.24ikp.pl/serwis/mieszkancy/parafie/20230407illustrowany_golgota/art.php