Historia pewnego zegara, odc. 40 - złamanie godziny milicyjnej

tytułowy zegar (fot. zbiory autora)

Donosy, 7-01-2017

Rozdział X, odcinek 40 - złamanie godziny milicyjnej

     Była sobota, posiedział do następnego dnia i w niedzielę pojechał do domu, oczywiście autobusem, bo o kupnie samochodu w tamtym czasie nie było mowy. Te ulotki, które przywiózł oczywiście zostawił, a ja porozdawałem je wśród znajomych i tak prawdę mówiąc nawet się z tym bardzo nie kryłem i chociaż zdawałem sobie sprawę jakie konsekwencję mogę ponieść za publikowanie tych ulotek, to jednak jakoś mnie to nie przerażało.

zięć Edek z synkiem Norbertem, w głębi moja najmłodsza córka Ewelina, dziś Adamska, rok 1980 (fot. zbiory autora)
     Upłynęło dwa tygodnie Edek znów przyjechał i znów się zdziwiłem, że dopiero minęło dwa tygodnie jak był i już przyjechał. Ale jak przyjechał to bardzo dobrze. Gość w dom Bóg w dom - pomyślałem. I tak przez całą zimę Edek przyjeżdżał częściej niż zwykle, przywożąc za każdym razem plik solidarnościowych ulotek. Pewnego razu tak sobie siedzę samotnie i rozmyślam: nawet gdy nie było stanu wojennego, to ani zięć, ani córka tak często nie przyjeżdżali jak teraz Edek. Coś musi w tym być. I było.

     Okazało się, że jego celem było przewożenie ulotek i dostarczanie jak największej rzeszy ludzi. On też narażony był na niebezpieczeństwo, bo były częste kontrole osób, a za Olkuszem była wojskowa blokada drogi, gdzie kontrolowani byli niemal wszyscy przejeżdżający. Ale jakoś mu się udawało. Ulotki te lubił czytać mój tato, który w tamtym czasie miał już siedemdziesiąt dziewięć lat, ale miał dobre okulary i czytał dobrze. Tato zresztą całe życie lubił czytać.

     Kiedy byliśmy mali, w długie zimowe wieczory czytał nam i mamie na głos: Potop, Krzyżacy , Ogniem i mieczem i inne książki wypożyczane z biblioteki, która się mieściła w cegielni w Odonowie. Mój tato miał również jakieś uprzedzenie do ówczesnego ustroju, bo często powtarzał, że komuna się nie utrzyma, a konkretnie jak się zdenerwował, chociaż rzadko przeklinał, to mówił, że komunę musi p....on strzelić. Nie wiem o co mu chodziło, dlaczego miał takie zdanie. Z tego co pamiętam, to nic specjalnie złego jemu, ani naszej rodzinie nie zrobili.

     Był cieślą, pracował jak inni na utrzymanie rodziny, należał do cechu rzemiosł w Pińczowie, dostał z nadziału hektar pola, wszyscy byliśmy ochrzczeni, w każdą niedzielę chodziliśmy do kościoła do Gorzkowa, bo tam była nasza parafia. Miło było popatrzeć, gdy wszyscy szczególnie latem szliśmy razem do kościoła, nikt nam tego nie zabraniał. Pod względem bogactwa byliśmy średnio biedni, tacy jak wszyscy inni w okolicy, a może nawet trochę lepiej nam się powodziło niż innym. Pomimo, że rodzina nasza składała się z siedmiu osób, to jakoś sobie radziliśmy, rodzice byli bardzo pracowici, a ciężko zarobionych pieniędzy na zbędne rzeczy nie wydawali. Ulotki, które przywoził Edek ze Śląska sam zanosił do mojego taty do Chruszczyny lub ja to robiłem. Tato po przeczytaniu rozdawał je sąsiadom i tak się to kręciło.

zima 1981 (fot. zbiory autora)

     Ale to co wymyśliliśmy w pewną zimową noc w stanie wojennym, to o trochę nie skończyło się dla nas aresztem. Sobota jak każda inna. Mróz na polu niewielki, ziemię okrywał też niewielki śnieg, jak na zimową porę można powiedzieć, że było ciepło. Niespodziewanie przyszedł do mnie w odwiedziny brat Tadeusz, który mieszkał tak jak ja w Donosach. Siedzimy, rozmawiamy, wtem ktoś puka do drzwi. Proszę - odpowiadam i w drzwiach ukazuje się Edward. Cześć, cześć - przywitaliśmy się wszyscy i siedzimy. Pierwsze co było, zresztą tak jak zawsze, to Co u was słychać? - zapytałem, Wszyscy zdrowi? - Wszystko w porządku - odpowiedział Edek. - A ulotki jakieś przywiozłeś? - Przywiozłem - odpowiada i kładzie dość spory plik na stole.

     Brat mój jeszcze takich ulotek nie widział, więc zabrał się zaraz do ich oglądania. W tym samym prawie czasie wyjął butelkę pocieszycielki strapionych, postawił na stole i poprosił o kieliszki. Widząc to moja żona Teresa przyniosła kieliszki, jakąś zakąskę i herbatę dla każdego z nas. Popijamy i dyskutujemy na temat tych ulotek i stanu wojennego i nie wiadomo kiedy w butelce pokazało się dno. Trzeba będzie postawić jeszcze jedną pomyślałem, ale zanim się zabrałem do zrealizowania moich myśli, na stole stała już druga butelka. Jak się okazało to zięć Edek też nie przyjechał pusto i przywiózł coś nie coś.

     Czas płynął szybko, tematów do rozmowy było mnóstwo i po jakimś czasie postawiłem i ja butelkę na stole, bo uważałem, że przyszła na mnie kolej. Tego już było za dużo, nawet moja żona Teresa, która do tej pory była wesoła i rozmawiała z nami, na widok tej następnej butelki posmutniała, bo bała się, że możemy się upić, a to nie wychodzi nikomu na zdrowie. Każdy z nas też mówił - Schowaj tą butelkę, to będzie za dużo, ale w duchu myślał, że jeszcze kielicha by wypił. - A to jeszcze po kielichu - zaproponował ktoś z nas i niebawem kielichy zostały nalane.

     Po jakimś czasie następne, a potem jeszcze następne, a kiedy osuszyliśmy całą butelkę dochodziła pierwsza po północy. No już dość tego dobrego i wtedy stwierdziliśmy, że przesadziliśmy. Pozostał jeszcze problem, bo brat musiał iść do domu. Musiał nie musiał, bo mógł przenocować, ale on o tym nawet słyszeć nie chciał i zbiera się do wyjścia. Założył kurtkę, powiedział dobranoc i stwierdził, że idzie. Przecież w tym czasie była godzina milicyjna. Po godzinie dwudziestej drugiej do godziny szóstej nie wolno było nigdzie chodzić, bo groziła kara. Gdy milicja spotkała w nocy kogoś, kto powinien siedzieć w domu, aresztowała, a na drugi dzień przed wymiar sprawiedliwości i kara.

     Najczęściej za spokojne przejście bez zakłócenia spokoju, to było kolegium do spraw wykroczeń, a kara od jednego tysiąca do dwóch tysięcy. - No to poczekaj, może cię kawałek odprowadzimy? We trzech będzie nam raźniej. Nie pomyśleliśmy, że zamiast jednego, mogą ukarać nas trzech. Jak na wypicie takiej ilości alkoholu, to nie byliśmy bardzo pijani, ale trzeźwi też nie. Włożyliśmy z zięciem kurtki i raźnym krokiem ruszyliśmy do drogi głównej, którą to musieliśmy iść. Brat mieszkał około półtora kilometra od naszego domu przy drodze wojewódzkiej w kierunku Kazimierzy Wielkiej.

     Doszliśmy do tej drogi, cisza jak makiem zasiał, nie przejeżdża żaden samochód, ciemno, bo nie ma oświetlenia ulicznego, w domach też się nie świeci, bo noc, tylko leżący biały śnieg sprawia, że jest trochę widniej. Słysząc tą grobową ciszę, a właściwie nic nie słysząc, aby się trochę rozweselić zaczęliśmy śpiewać partyzanckie piosenki, idąc marszowym krokiem. I tacy weseli przeszliśmy pół wioski na górkę, z której było i jest widać znaczną część Kazimierzy Wielkiej. I kiedy już minęliśmy wierzchołek tej góry i zaczęliśmy iść po skłonie w dół, zobaczyliśmy, że drogą prowadzącą w Kazimierzy obok łąk pędzi w kierunku Donos jakiś samochód, bo wyraźnie widać dwa przednie światła zbliżające się z dużą szybkością.

     W jednej chwili odechciało nam się śpiewać i chyba ze strachu wyparowała z nas wódka, bo zaczęliśmy mądrze myśleć. Zdążyliśmy już przejść kilkadziesiąt metrów niżej i zauważyliśmy po prawej stronie drogi złożone w dużą stertę pustaki na budowę domu. Bez żadnego rozkazu, ale jakby na komendę skoczyliśmy za te pustaki, przykucnęliśmy i czekamy. Do domu brata było stamtąd około czterysta metrów. Patrzymy, a te światła są właśnie na wysokości domu brata i jadą w naszą stronę. Jeszcze nie bardzo wiemy czy to milicja, ale za chwilę nadjeżdżają na wprost pustaków, za którymi ukrywają się "przestępcy" w swojej wiosce, w której zamieszkują.

cdn.

Zdzisław Kuliś   

Zdrada?

Oczarowałaś mnie swoim urokiem,
Kiedy zacząłem ciebie poznawać,
Chodziłem za tobą krok za krokiem -
Tyś ważniarę zaczęła udawać.

Miałaś miliony wielbicieli,
Którzy prawie cię pokochali.
Byli to ludzie, którzy cię chcieli -
Wielcy, mniej wielcy, a także mali.

Zawładnęłaś ich uczuciami,
Uwierzyli, że jesteś wszechmocną,
Przychodzili prawie ze łzami,
Abyś wyciągnęła swą dłoń pomocną.

Wierzyli, iż pokochasz miłością stałą,
Dasz z siebie wszystko co dać możesz
I oddasz dla nich siebie całą,
A w trudnych chwilach pomożesz.

Niestety, gdy osiągnęłaś to co chciałaś,
Poparcie ludu pracującego,
Nie dotrzymałaś tego co obiecałaś,
Powoli wycofując się ze wszystkiego.

Pozostawiłaś po sobie bezrobotnych miliony,
Nędzne emerytury i renty.
Dla biednych pomocy z żadnej strony.
Każdy bezdomny jest biedą dotknięty.

Dla chorych w szpitalach miejsca nie ma,
Brakuje na dopłaty do drogich leków,
W sklepach drożyzna jak cholera,
Więc co masz robić biedny człowieku?

A więc zdradziłaś? - krzyczeć z całej siły?
Ile tchu w piersi prosić o cud Pana?
A więc zdradziłaś? - krzyczeć narodzie miły?
Ty, która byłaś przez naród kochana.

Zdzisław Kuliś; Donosy, sierpień 2008

Artykuł pochodzi ze strony: Internetowego Kuriera Proszowskiego
Zapraszamy: https://www.24ikp.pl/info/prossoviana/online/kulis_zegar/20170107zegar40godzina/art.php