Historia pewnego zegara, odc. 37 - kolejna przeprowadzka, kolejne czyny społeczne

tytułowy zegar (fot. zbiory autora)

Donosy, 30-11-2016

Rozdział X, odcinek 37 - kolejna przeprowadzka, kolejne czyny społeczne

     Robiliśmy to wszystko we własnym zakresie. Najgorsze były szafy, te które były wbudowane w ściany. Były to ogromne szafiska, wysokie, szerokie i głębokie, które ledwo mieściły się w drzwi. Wykonane, trzeba przyznać z solidnego drzewa sięgające od podłogi aż do sufitu, a ciężkie jak by były zrobione ze stali. Kierownictwo zdecydowało, że są w dobrym stanie, więc szkoda wydawać pieniędzy na nowe. I słusznie.

     Najpierw trzeba było je z tych wnęk wyciągnąć i znieść po schodach na dół, a potem załadować na przyczepę traktorową. Żeby było lżej, musieliśmy trochę myśleć, a że schody w budynku po powiecie były dość szerokie, kładliśmy owe szafy na tych schodach na "plecach" i powoli zsuwaliśmy w dół. Natomiast na dole, gdy już uporaliśmy się z nimi i wynieśliśmy na pole przed budynek, stawialiśmy taką szafę obok przyczepy i tak zwanym "magiem" wkładaliśmy na przyczepę. Najgorzej było w nowym budynku. Schody wąskie, szafy ciężkie, trzeba było kilku chłopów aby podnieść, a tu nie bardzo jest jak, bo wąsko, do tego dwa piętra. Byliśmy młodzi, ale mieliśmy już tego dość. To nie była jedna lub dwie szafy, ale ponad dwadzieścia. Przenosiliśmy je kilka dni, a potem układanie dokumentów, segregowanie, ewentualne wyrzucenie tego co niepotrzebne na makulaturę.

     Najważniejszą dla mnie rzeczą oprócz dokumentów księgowych był oczywiście mój zegar. Zapewne państwo czytelnicy pomyśleliście, że o nim zapomniałem. Nie, nie. Nic takiego się nie stało. Mój zegar pieczołowicie zdjąłem z gwoździa, włożyłem do reklamówki, którą umieściłem na samochodzie pomiędzy aktami i tam bezpiecznie pojechał do nowego budynku Urzędu Miasta i Gminy na ulicy Kościuszki.

nowa siedziba Urzędu Miasta i Gminy (fot. zbiory autora)

     Ale czy bezpiecznie? Niezupełnie, ponieważ jakimś cudem wysunął się z reklamówki i wsunął się głębiej. Kiedy go wyciągnąłem zauważyłem, że nie ma dwóch następnych cyferek, a były to: dziesiątka i ósemka. To już cztery cyfry jakich brakowało na cyferblacie. Co ciekawe nigdzie ich nie było. Czy to możliwe, żeby wyparowały? Chyba, że ktoś złośliwy zabrał je sobie na pamiątkę. Nie było i już. Po paru dniach wziąłem mazak, którym pisało się numery inwentarzowe na sprzęcie i dorysowałem brakujące cyferki w białym kolorze jak poprzednie. Gwoździk miałem w biurku, a za młotek posłużył odlany z żeliwa dziurkacz.

     Cztery uderzenia w tym jedno w palec i gwóźdź trzymał aż do następnej przeprowadzki. Wcale nie żartuję, ale w tym czasie nawet się nikomu nie śniło, że takowa kiedyś nastąpi. Nowy budynek, wszystko, co miało być zlikwidowane, zostało zlikwidowane, to tu zostaniemy do emerytury.

     Bardzo pozytywnie wspominam tzw. czyny społeczne. Były to prace fizyczne wykonywane nie odpłatnie przez pracowników gminy w celach porządkowych, pomoc przy budowie chodników i inne drobne roboty zgodnie z potrzebami. Kiedy siedzibą urzędu Gminy był budynek na ulicy Kościuszki, przed naszymi frontowymi oknami po przeciwnej stronie ulicy był park, który oczywiście jest do dnia dzisiejszego.

     Corocznie, szczególnie wiosną trzeba było przeprowadzać w nim generalne prace porządkowe. Prace te polegały na grabieniu zeszłorocznych liści opadłych jesienią, zalegających całą powierzchnię parku. Tu trzeba zaznaczyć, że kazimierski park urządzony jeszcze za czasów sekretarza Komitetu Powiatowego PZPR Józefa Darola w końcu lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia zajmuje kilka hektarów. A więc, aby zebrać zalegające tam liście z całej powierzchni, trzeba włożyć dużo wysiłku. A i liści co niemiara, bo w parku rośnie mnóstwo drzew pozostałych po hrabim Łubieńskim, a i nasadzonych nowych też jest bardzo dużo.

     W tym celu park podzielono na odpowiednie sektory, tylko do celów porządkowych i przydzielono je poszczególnym instytucjom z terenu miasta do utrzymywania porządku. Wybieraliśmy do tej pracy piękny, słoneczny dzień i od samego rana szliśmy spełnić swój obywatelski obowiązek robiąc porządki w parku. W urzędzie zostawali pracownicy, którzy wykonywali bieżącą pracę, a ponadto potrafili w każdej chwili przyjąć i załatwić interesanta.

     Praca ta była przez nas wykonywana z wielkim zadowoleniem i była dobrowolna. Nie było przymusu. Jeżeli ktoś nie chciał, lub nie mógł, bo może czuł się źle, to nie musiał. Ja osobiście szedłem do tej pracy z ochotą i nie słyszałem, żeby ktoś wypowiadał złe słowa na ten temat. Może gdzieś w ukryciu, o czym się nie wiedziało. Czyn taki, to była wielka rozrywka.

autor Zdzisław Kuliś na swoim stanowisku pracy w nowej siedzibie - po latach (fot. zbiory autora)

     Możemy sobie jeszcze teraz odtworzyć w pamięci ten nienakręcony film: piękna, słoneczna, bezwietrzna pogoda i wysokie drzewa, które dopiero zaczynają wypuszczać młodziutkie liście, przez które przebija się ciepłe wiosenne słońce i my z grabiami, widłami lub jakimiś innymi narzędziami w rękach. Pierwszy wiosenny śpiew ptaków i nasz wesoły gwar i śmiech tu i ówdzie. To był jedyny dzień, gdzie mogliśmy się spotkać poza pracą urzędową, pożartować i pośmiać się, poopowiadać kawały, jednocześnie pracując. Byliśmy wtedy w większości młodzi i taka odskocznia była nam potrzebna.

     Ale nie wiem, czy z tą młodością, to nie przesadzam. Pracowało u nas kilku starszych panów i gdyby ich od tych czynów odsunąć, to byliby obrażeni. To oni pierwsi szli do czynu i oni nas mobilizowali. Jedyną negatywną wypowiedź, którą słyszałem na ten temat to była wypowiedź pewnej pani, która pracownicą gminy nie była i tam nie pracowała. Była ona takiego zdania, że co natura wytworzy, nie wolno tego ruszać, ani też zmieniać. Liście po to na drzewach wyrosły, żeby jesienią opadły, a jak opadną, mają tak leżeć, po prostu tak jak w lesie ściółka leśna i koniec.

     Poniekąd tak, ale trzeba wziąć pod uwagę to, że park nie jest lasem. Pomimo, że jest duże skupisko drzew i drzew starych, wysokich, to jednak lasem nie jest. Są tam bowiem alejki, są ławeczki, jest muszla koncertowa, chodzą tam ludzie dorośli i dzieci na spacery, odbywają się koncerty w muszli i każdy chciałby, aby miał pod nogami czysto, a usiąść też by chciał na ławce wolnej od wszelkich zanieczyszczeń. A nie na zgniłych liściach. Trzeba wziąć pod uwagę i to, że park jest położony w centrum miasta i gdyby to liście zaczęło gnić, wydzielałby się nieprzyjemny zapach, którego nie chcielibyśmy zapewne wdychać. Ponadto pod tym liściem mnożyły by się różne żyjątka, które akurat tutaj byłyby niepożądane.

     Pracując w gminie nie mogły ominąć mnie różne prace społeczne, jak również przynależność do różnych organizacji. Jednocześnie należałem do kilku takich organizacji. Pomijając Związek Ochotniczych Straży Pożarnych, o którym szeroko pisałem wcześniej i "jedyną słuszną" obok ZSL partię, należałem do LOK czyli Ligi Obrony Kraju, byłem członkiem Kolegium Orzekającego w sprawach wykroczeń, najczęściej wykroczeń drogowych, vice Prezesem Miejsko - Gminnego Funduszu Ochrony Zdrowia i co najbardziej nie pasowało do mojego zawodu, albo pasowało jak kwiatek do kożucha, to przewodniczący Gminnej Komisji Pojednawczej.

cdn.

Zdzisław Kuliś   

Drzewa

Te machające gałęziami drzewa,
To moi przyjaciele.
Tak bardzo mi ich potrzeba
I znaczą dla mnie wiele.

Kłaniają mi się rano,
Gdy z łóżka wstaję
I w południe tak samo,
Gdy sobie obiad daję.

Ślą pozdrowienia o zmierzchu,
Przed zaśnięciem dnia,
Jakby w wesołym uśmieszku
Gdy się dobry humor ma.

Czasami mi ich żal
Jak w deszczu mokną.
Tak patrząc w dal
Przez moje okno.

Ale jest mi weselej,
Gdy patrzę na nie markotny,
Chociaż ich jest tak wiele,
A ja samotny.

Nie wyobrażam sobie
Gdyby ich tutaj nie było.
Byłaby pustka jak w grobie
I tak też by się żyło.

Dlatego smutek wszelki
Ukoją nawet drzewa.
I chociaż będziesz "wielki"
Wiedz, że je szanować trzeba.

Zdzisław Kuliś; Donosy, sierpień 2011

Artykuł pochodzi ze strony: Internetowego Kuriera Proszowskiego
Zapraszamy: https://www.24ikp.pl/info/prossoviana/online/kulis_zegar/20161130zegar37kolejna/art.php