Historia pewnego zegara, odc. 17

(fot. zbiory autora)

Donosy, 11-04-2016

Rozdział III, odcinek 17

     W nowo wybudowanej świetlicy mieścił się też modny w tym czasie Klub Ruchu, który przyciągał młodzież, był stół pingpongowy najbardziej przydatny na długie zimowe wieczory, a także telewizor, który w tym czasie był rarytasem. Był nawet projektor filmowy, jeśli dobrze pamiętam marki Elew, którym wyświetlano dla dzieci i dla starszych filmy, które cieszyły się dużym powodzeniem.

     Organizowano zabawy choinkowe dla dzieci, spotkania z Mikołajem, a także zabawy taneczne. Zabawy taneczne w świetlicy były organizowane przeważnie zimą i jesienią, natomiast latem były na polu pod wielkim rozłożystym wiązem, który rośnie do dnia dzisiejszego, a który ja nazywam jaworem. W odległości niespełna pięćdziesiąt metrów w kierunku dawnych zabudowań gospodarczych rósł potężny dąb, który oceniałem, że podobnie jak jawor miał grubo ponad dwieście lat. Dąb ten, który był niewątpliwie najstarszym drzewem w Donosach, został wycięty i do tej pory nie ma po nim śladu. Ślad pozostał jedynie w mojej pamięci i po ludziach, którzy przychodzili latem po świeże liście, które miało być lekiem na trudno gojące się rany.

     Aby w jakiś sposób zrekompensować brak tego dębu, w 1989 roku posadziłem młodego dąbka na swojej posesji, w rogu za budynkiem gospodarczym. Jest on również upamiętnieniem zmian ustrojowych w naszym kraju. W tej chwili jest już dużym dębem, w tym roku będzie miał 27 lat, ale jeszcze dużo mu brakuje, aby stał się wielkim dębem. Czas jednak płynie szybko i mam nadzieję, że moje wnuki i prawnuki zobaczą go jako potężne dębisko. Na jego pniu przymocowałem tabliczkę z napisem 1989. Niechaj będzie on żywym pomnikiem przypominającym potomnym pamiętny ów rok.

dąb pamięci na mojej posesji, który posadziłem w roku 1989 (fot. zbiory autora)

     Bardzo długo w świetlicy była biblioteka, a bibliotekarzami kolejno byli: Anna Dziula, po wyjściu za mąż Gaudyn, następnie po zlikwidowaniu biblioteki pozostała filia, a bibliotekarzem był w godzinach popołudniowych trzy razy w tygodniu Zdzisław Kuliś, następnie Renata Kuliś po wyjściu za mąż Gajda, następnie Teresa Kuliś i Ewelina Kuliś po wyjściu za mąż Adamska, aż do zlikwidowania filii.

     W początkach lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, przejściowo w części budynku mieściła się weterynaria, na czas remontu budynku weterynarii w Kazimierzy Wielkiej. Zapewne ciężko się pracowało w pomieszczeniach, które nie były do tego przystosowane, a w dodatku nie było nawet bieżącej wody, ale jakoś ten okres remontu przetrwali. Wodę donosili wiadrami z pobliskich zabudowań.

     W tym czasie użytkowaliśmy z żoną niewielki kawałek pola, a na nim uprawialiśmy oprócz warzyw pszenicę, która była świetną paszą dla kur, a więc hodowaliśmy ich kilkanaście, a bywało, że nawet trzydzieści i więcej. Pewnego roku, jesienią kury te zaczęły chorować, a nawet padać. Właśnie w tym czasie była w świetlicy weterynaria, która była czynna całą dobę. Pracownicy pełnili nocne dyżury. Pewnego dnia po przyjściu z pracy żona oświadczyła mi, że właśnie padła następna kura.

     Nie namyślając się włożyłem ją do reklamówki i poszedłem do weterynarii. Po zajściu i przywitaniu się znanym powiedzeniem dobry wieczór, gdyż zrobił się już wieczór, zrelacjonowałem całą historię choroby moich kur. Panowie, którzy tam byli, a było ich kilku i jedna pani wysłuchali mojego opowiadania i jakoś niechętnie rwali się do udzielenia mi jakiejś porady. Ja ich nie znałem. Może oni nie byli pracownikami, tylko interesantami tak jak ja, przyszło mi do głowy po kilku dniach. Natomiast po chwili temat podjął jeden z panów, bardzo młody przystojny facet, który powiedział: Chodź pan ze mną i poszliśmy do innego pomieszczenia.

     Podczas działalności świetlicy była tam sala widowiskowa. Tam wziął tę kurę, położył na przygotowanym do tego celu stole, w prawą rękę wziął nożyce i sprawnie dostał się do wnętrzności kury. Wyciągnął to wszystko prawie na zewnątrz i skierował uwagę na wątrobę. Popatrz pan - powiedział - cała wątroba zaatakowana i pokazuje mi tą wątrobę, którą pierwszy raz zobaczyłem w takim stanie i chyba już ostatni. - To jest choroba wątroby, na którą w tym czasie kury chorują masowo i występuje masowy ich pomór. Za dużo tutaj nie można zrobić, ale co się da, to spróbujemy zrobić.

     Zapakował mi tę kurę do reklamówki i poszliśmy z powrotem do poprzedniego pokoju. Tutaj dał mi jakiś proszek, który kazał mi sypać w odpowiedniej ilości do wody i podawać pozostałym kurom do picia, to może chociaż te, u których choroba jest jeszcze mało zaawansowana da się uratować, a tą w reklamowce niech pan głęboko gdzieś zakopie, żeby się psy nie mogły do niej dostać. Podziękowałem i poszedłem stosując się do zaleceń tego miłego pana. Picie z lekarstwem podawałem regularnie i rzeczywiście kilka kurek pozostało zdrowych, ale czy to zasługa tego lekarstwa, czy może nie dotknęła ich choroba, trudno jednoznacznie stwierdzić.

na tym terenie znajdowały się budynki dworskie: 1) stodoły, 2) tu rósł dąb, 3) kuźnia, 4) pomieszczenia dla stelmacha, 5) studnia, 6) stajnie dla koni, 7) strzałka wskazuje, gdzie były obory dla krów i świń (fot. zbiory autora)

     Najważniejszy jednak w tej całej opisanej historii jest ten młody człowiek, który podjął temat, jeden spośród innych i to najmłodszy. Gdy tak na spokojnie przed zaśnięciem pomyślałem o tym panu, nasunęła mi się myśl: Będą z niego ludzie, rwie się do pracy. Na drugi dzień dowiedziałem się, że ten młodzieniec, to Adam Bodzioch, młody weterynarz. I nie myliłem się. W niedalekiej przyszłości założył własną weterynarię, a poza zawodem, już piątą kadencję jest burmistrzem Kazimierzy Wielkiej.

     Po wyprowadzeniu się weterynarii, jeszcze długie lata była filia biblioteczna, jednakże i ona została zlikwidowana. Po zlikwidowaniu filii bibliotecznej, ostatniego życia jakie w tym budynku tętniło, zaczęło to wszystko upadać. Budynek pozostał bez opieki. Nieopalany szybko zaczął niszczeć. Dach zaczął przeciekać i chociaż próbowano trochę remontować, to jednak z czasem popadł w ruinę i stał nieużyteczny. Należało jak najszybciej przystąpić do remontu zanim się całkowicie zawali. Sęk był w tym, że nie było na ten cel środków finansowych.

     Na oryginalny pomysł wpadła radna Renata Gajda, mieszkanka Donos. Otóż Renata Gajda, moja córka, nie mogła się z tym pogodzić, że tak piękny kiedyś obiekt wybudowany rękami jej wujka i dziadka niszczeje, a i ojciec dużo pracy włożył też. A że już dawno miała zamiar założyć Koło Gospodyń Wiejskich, pomyślała, że w tej chwili jest akurat odpowiednia pora i Koło Gospodyń Wiejskich w Donosach stało się faktem. Tym samym została otwarta droga do uzyskania dotacji na remont świetlicy, umożliwiając zaspokojenie potrzeb lokalowych dla tego Koła. Inicjatywę poparła gmina, która wystąpiła z wnioskiem do Nadwiślańskiej Grupy Działania E.O. CENOMA, która ustosunkowała się przychylnie, a rada gminy uchwaliła dodatkowo 80 tysięcy złotych na wsparcie tego przedsięwzięcia. W sumie remont kosztował ponad 220 tysięcy złotych.

     We wrześniu 2014 roku prace remontowe ruszyły pełną parą. Tak naprawdę to zaczęto od rozbiórki dachu, zdemontowano wszystkie drzwi i okna, podłogi, piece. Pozostały tylko mury, które też nie były w najlepszym stanie. W tym czasie zabezpieczono dach, który na części budynku zrobiono nowy, są wybudowane nowe kominy i wbudowano nowe okna. Remont prowadziła znana w Kazimierzy Wielkiej firma budowlana Mariusza Gącika, którego korzenie rodzinne sięgają do Donos. Mieliśmy nadzieję, że do miesiąca listopada 2014 roku świetlica będzie jak nowa i tak też było, z niewielkim tylko opóźnieniem. Zimą mieszkańcy wsi Donosy zorganizowali otwarcie świetlicy po remoncie i obecnie jest pod nadzorem Rady Sołeckiej i Koła Gospodyń Wiejskich.

Wiejska zabawa:

Już wczesnym popołudniem nad stawem,
Który jest centralnym punktem wioski,
Zbierały się tłumy w oczekiwaniu na wiejską zabawę,
Zostawiając w domu wszelkie smutki i troski.

W piękne niedzielne popołudnie,
Kiedy słońce jeszcze wysoko świeci,
Przychodzili ubrani odświętnie, schludnie,
Starsi, młodzież, a także i dzieci.

Matki z dziećmi na rękach i wózkach,
Spacerowały wokół stawu tego,
Chyba tylko chorzy pozostali w łóżkach,
Poza tym spotkać tam można było każdego.

Pod potężnym wiązem, rosnącym w stawu rogu,
O konarach grubych, rozłożystych, krępych,
Który od siekier ocalał chyba tylko dzięki Bogu,
Podłogę rozłożono z desek nowych lecz dobrze wyschniętych.

Tam też muzyka skocznie przygrywała,
Były oberki, tanga i polki z przytupem.
W skocznym rytmie wioska tańcowała,
A niejeden wrócił do domu z podartym butem.

Jakoż, że zarośli i krzaków było pełno wkoło,
Siadali w nich grupkami przy jadle i piciu,
Śmiejąc się przy tym i śpiewając wesoło,
Zapominali chwilowo o codziennym życiu.

Bywało czasem, że jakiś młodzieniec
W przypływie zazdrości o swoją dziewczynę,
Lub inny zuchwały szaleniec,
Zakłócał spokój swym niechlubnym czynem.

Tak czas upływał przy hucznej zabawie,
Na której bawiono się znakomicie
I chociaż niektórych sen zmorzył na trawie,
Tańce i hulanki kończono o świcie.

Zdzisław Kuliś; Donosy, listopad 2009 r.

cdn.

Zdzisław Kuliś   

Artykuł pochodzi ze strony: Internetowego Kuriera Proszowskiego
Zapraszamy: https://www.24ikp.pl/info/prossoviana/online/kulis_zegar/20160411zegar17/art.php