Historia pewnego zegara, odc. 11

(fot. zbiory autora)

Donosy, 4-02-2016

Rozdział II, część 11

     Kazimierz Nalepa, to był taki swojski majster klepka. Potrafił cały silnik motocykla łącznie ze skrzynią biegów rozmontować na poszczególne części, a potem całymi dniami składać, wymieniając części stare na nowe. Potrafił przy tym opowiadać różne kawały, opowiastki i nietypowe zdarzenia jak np. to: Działo się to prawdopodobnie w wiosce z której pochodził w gminie Czarnocin. Pewien młodzieniec, kawaler miał zamiar zawrzeć związek małżeński z wybranką swojego serca. A że pieniędzy nie miał za wiele, chciał się najprzód zorientować ile taka przyjemność będzie kosztować. Poszedł zatem do księdza proboszcza w swojej parafii, który na jego widok trochę się zdziwił z jaką to nowiną Władek do niego przyszedł.

Kazimierz Nalepa z prawej, z żoną Mieczysławą z lewej w Zakopanem (fot. zbiory autora)

     Posadził go na krześle w kancelarii i zapytuje: Co cię Władku do mnie sprowadza? Władek nie czekając, od razu przystąpił do rzeczy mówiąc, że ma zamiar się ożenić, bo ma dziewczynę, a przecież już by był czas, bo dwadzieścia pięć lat już mu dawno minęło. No to się żeń - mówi ksiądz - może będziesz częściej do kościoła chodził, bo teraz to cię za często nie widuję. - Ale proszę księdza chciałem zapytać ile ten ślub będzie kosztował, bo z pieniędzmi cienko. Ksiądz nie owijał wełny w bawełnę tylko od razu mówi: pięćset złotych Władysławie, pięćset złotych.

    Władkowi gorąco się zrobiło i mówi: Ile? Pięć stów? - Jak słyszysz - odpowiada ksiądz. - A nie może ksiądz trochę opuścić? - Nie mogę. I wtedy zaczął wyliczać jakie to on wydatki musi ponosić na utrzymanie parafii. - To jak ksiądz nie opuści to ja pójdę do księdza Andrzeja w sąsiedniej parafii i on mi za dwieście złotych ślub da. A to idź niech ci da. Ale jaki ten ślub ksiądz Andrzej ci da? A da ci taką ślubowinę, nie ślub. I Władek ze ślubu zrezygnował i jeszcze długo pędził kawalerskie życie.

     A jeśli już o księdzu mowa, to prawdopodobnie gdzieś niedaleko na jednej z parafii urzędował ksiądz, który wygłaszał dość ciekawe kazania. Wyszedł jak to dawniej przystało na służącą do tego celu ambonę, Niech będzie pochwalony... - powiedział, splótł ręce przed sobą na brzuchu, chwilę postał w bezruchu i zaczął donośnym, aczkolwiek ciepłym głosem: Kochani, czy wiecie? Wtem przerwał jakby czekał na odpowiedź, więc wierni odpowiedzieli: Nie wiemy. - To i ja wam nie powiem - odpowiedział - Niech będzie pochwalony...- i poszedł.

     Na przyszłą niedzielę wychodzi na ambonę, wierni z zaciekawieniem czekają co przewielebny im ciekawego tym razem powie, a on: Niech będzie pochwalony... - Na wieki wieków - odpowiedzieli wierni. A on jak poprzednio splótł ręce na brzuchu i pyta: Kochani czy wiecie? - Wiemy - odpowiedzieli tym razem wierni. - To już wam nie potrzebuję mówić, niech będzie pochwalony... - odpowiedział i poszedł.

     W następną z kolei niedzielę, żeby coś więcej powiedzieć, to przygotował się do kazania lepiej. Wyszedł jak zwykle na ambonę, powiedział Niech będzie pochwalony... i zaczął: Kochani moi parafianie, zbliżają się Święta Wielkanocne, a zatem moim obowiązkiem jest wam przypomnieć, że nie rok , nie dwa, nie trzy, nie cztery, nie pięć, nie sześć itd. itd. itd...itd... wylicza po kolei, aż do: nie trzydzieści jeden, nie trzydzieści dwa, tylko trzydzieści trzy lata chodził Chrystus po Ziemi. Tymczasem czas przeznaczony na kazanie minął, ksiądz się pożegnał znanym. Niech będzie pochwalony... i poszedł. W związku z tym tak sobie myślę, że jeśliby to była prawda, to zapewne krótko na tej parafii urzędował.

     Te wszystkie niewątpliwie szybkie poczynania obserwował będący stale na swoim stanowisku dzielny zegar, systematycznie przeze mnie nakręcany, a nawet odkurzony jak zaszła potrzeba. W tym stosunkowo krótkim czasie kilku lat tak dużo się działo, że młody zegar miał co chłonąć, aby kiedyś posłużyć mi jako natchnienie do napisania wspomnień z tamtych lat. Tymczasem obaj praktycznie stoimy w miejscu nie wychodząc poza pierwszy etap naszej długiej wędrówki, ale niebawem przyjdzie nam zrobić pierwszy krok, a tych kroków będzie jeszcze wiele. A więc do dzieła.

Wielki pożar w Donosach

     Nie sposób pominąć tych tragicznych wydarzeń jakie dotknęły wieś Donosy w początkach lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Pewnego pogodnego, jesiennego wieczora w niedzielę siedzimy sobie z rodziną w mieszkaniu mieszczącym się w dworku, tam gdzie Gromadzka Rada. Wtem słyszę jakby odgłos jakiejś syreny. Nasłuchuję, głos jakby zbliżał się, więc wyszedłem przed budynek i słyszę, że od strony Słonowic zbliża się furmanka konna, gdyż doszedł do mnie wyraźny tętent końskich kopyt. - Czyżby to straż ze Słonowic - pomyślałem i poszedłem wolno w kierunku drogi już asfaltowej, równocześnie rozglądając się dokoła z zadartą ku niebu głową, czy nie widać gdzieś łuny pożaru w pobliżu.

taką sikawką ręczną gaszono dawniej pożary (fot. zbiory autora)

     Nic nie widzę, bo dworek mieścił się w dolinie, od strony Kazimierzy Wielkiej zasłonięty górą, a ten pojazd w tym właśnie kierunku jechał. Doszedłem do drogi i równocześnie ta furmanka też nadjechała i wtedy już byłem pewny, że to straż ze Słonowic, ponadto poznałem niektóre znajome głosy, gdyż rozmawiali dość głośno. Wieczór nie był zbyt ciemny, więc i oni poznali mnie i zaczęli wołać: - Zdzichu wsiadaj! - A dokąd wy jedziecie? - zapytałem. - Pali się stodoła u Chałana. - To jedźcie, byle szybko, żebym was nie wyminął - powiedziałem. I pojechali, a ja poszedłem do domu, zarzuciłem coś na siebie i udałem się w kierunku Kazimierzy, gdyż tam miał być ten wspomniany pożar.

     Opisuję to szczegółowo, żeby szczególnie młodzi wyobrazili sobie jakim pojazdem i jakim sprzętem posługiwała się wówczas Ochotnicza Straż Pożarna. Na tym wozie, którym jechali mieli motopompę (a jakże już w tym czasie straż w Słonowicach miała motopompę), kilka odcinków węży, jakąś drabinę, bosak, osękę, latarkę naftową, aby byli widoczni na drodze i ręczną syreną, którą kręciło się za pomocą korbki, a ona wydawała charakterystyczny dźwięk: bzi...., bzi,....bzi.. itd.

     Idę tym asfaltem, jeszcze nie wyszedłem za górkę, patrzę, a tu się pali. Ogień okropny, kwiczą świnie, które wybiegają z chlewa, za nimi jakaś postać, która widocznie je wypuściła, rżą konie, ryczą krowy, za chwilę to wszystko uwolnione wybiega na podwórze, ktoś zagania je na tył zabudowań, istne piekiełko. Straży nie widać nigdzie, ludzi też nie ma, ponadto pomyślałem: Dlaczego oni gadali, że pali się u Chałana? Przecież tu mieszka Adamek, pali się stodoła z chlewem. W tym czasie kieruję głowę w kierunku Kazimierzy i widzę w pobliżu łunę czerwoną i buchające w górę perzyny. Idę szybkim krokiem pod górkę, pięćdziesiąt, może siedemdziesiąt metrów i widzę jak u Gładysia pali się stodoła. Duża, nowa stodoła. Co jest grane? - pomyślałem.

     Perzyny lecą na sąsiednie budynki, strażacy próbują schładzać je wodą. W pobliżu mieszkają moi teściowie, noszą wiadrami wodę, by nie dopuścić do pożaru, na strychu widniutko od pożaru. Te dwa budynki zapaliły się prawdopodobnie tuż przed moim przyjściem, ostatni prawdopodobnie u Adamka, sądziłem po wielkości zniszczeń. Pomimo to poszedłem dalej, aż do samego Chałana i co zobaczyłem? Zobaczyłem dopalające się zgliszcza stodoły z chlewem, a kiedy wracałem to i tu było to samo. Tam gdzie obecnie mieszka rodzina Chałanów, w latach sześćdziesiątych mieszkał Mieczysław Gorczyca z rodziną.

Pożar

Właśnie zawyła syrena strażacka.
Z takim alarmem nikt się nie cacka.
Każdy zadziera głowę do góry
I wypatruje wielkiej dymu chmury.

I oto widać w niewielkiej dali,
Że się jakiś obiekt pali.
Za małą górką obsianą zbożem,
W sąsiedniej wiosce być może.

Więc już po chwili pędzą strażacy,
Wysportowani, dzielni junacy
Do swej remizy obok świetlicy,
Pędzą strażacy - ochotnicy.

A tam już stoi ich wóz bojowy
I chociaż nie jest już całkiem nowy,
Gna do pożaru. Czy zdążyć zdoła?
Bo w ogniu stoi wielka stodoła.

Po krótkim czasie na miejscu staje,
Młody komendant rozkaz wydaje.
Szybko, do boju, czasu nie marnować
I jak najszybciej pożar opanować.

Gra motopompa, w akcji chłop przy chłopie,
Każdy uwija się jak w ukropie.
I choć jęzor ognia przed nimi szaleje
Już się na niego strumień wody leje.

Żywioł przez chwilę jak gdyby przygasa,
Może nie na darmo będzie akcja nasza,
Ale po chwili na nowo się wzmaga.
Taki strumień wody niewiele pomaga.

Wtem z innej jednostki koledzy przybyli,
W bardzo szybkim tempie węże rozłożyli
I już gaszą ogień wszyscy razem,
Pokonując groźny żywioł tym razem.

Zdzisław Kuliś; Donosy, sierpień 2008 r.

cdn.

Zdzisław Kuliś   

Artykuł pochodzi ze strony: Internetowego Kuriera Proszowskiego
Zapraszamy: https://www.24ikp.pl/info/prossoviana/online/kulis_zegar/20160204zegar11/art.php