Wspomnienia 1940-1951 Stanisława Cęckiewicza
odc. 4

Stanisław Cęckiewicz ps. Czarny 1942 (fot. zbiory IKP)

Proszowice, 1-08-2018

Wspomnienia opracował Zdzisław Kuliś, zapraszamy do lektury:

odcinek 4

     Rozglądam się i widzę, że wreszcie jestem w jakimś schronieniu, które od biedy, na krótki czas, może być dla ludzi. Duża przestrzeń około 30 m2, cztery łóżka, stół, ława, kibel w rogu, mały piecyk węglowy (koza) a przy nim wiadro węgla, wiadro z wodą, miednica, obok łóżek wbite w ścianę haki na których można powiesić płaszcz lub kurtkę zimową i trzech towarzyszy niedoli. Na jednym z łóżek widzę nowy duży koc, dobrze mi znany kożuch i rozpakowaną paczkę z typową zawartością. Nowi koledzy powiedzieli mi, że to moje łóżko, a to co na nim to widocznie ktoś z mojej rodziny dostarczył. O sukinsyny, wczoraj miałem wyznaczone łóżko, a oni tak mnie upokorzyli i zmaltretowali. Ale niech ich diabli wezmą. Grunt, że żona i rodzina nareszcie wiedzą gdzie jestem. Pojawił się promyk nadziei, może mnie stąd wyciągną.

     Najbardziej ucieszyłem się, że w paczce znalazłem kostkę mydła i lniany ręcznik. W Kielcach pod kranem na korytarzu można było jedynie umyć ręce i twarz zimną wodą. Do wytarcia musiała wystarczyć chusteczka do nosa. Nareszcie więc mogłem umyć się cały mydłem i ciepłą wodą. Ale i tutaj nie było to takie proste. Wiadro węgla raz na tydzień, woda co trzy dni, a kibel opróżniano też co kilka dni (więźniowie wynosili i wylewali do dołu za oknami).

     Koledzy pozwolili zapalić w piecyku. Nagrzałem wody na miednicy i wreszcie po miesiącu z grubsza się umyłem i wytarłem ręcznikiem. W Pińczowie w porównaniu z Kielcami było lepiej, choć i tu prymityw. Tam ubikacja na korytarzu piwnicznym tu śmierdzący kibel. Tam zaduch i wilgoć, tu natomiast dużo powietrza, przestrzeń, można spacerować, popatrzyć w okno i zobaczyć mur, ale nad nim na widnokręgu las. Przy jedzeniu można było usiąść, zebrać okruszyny chleba ze stołu, bo porcje też takie małe, a na obiad czy to piątek czy świątek - krupnik. Widocznie ta sama receptura przekazana w ramach przyjaźni polsko - radzieckiej.

     I znów szare, smutne dni. Jedyną rozrywką była tak zwana "wolna linia". Dla wyjaśnienia podaję. Na początku mego pobytu w więzieniu pińczowskim przetrzymywanych było kilkudziesięciu żołnierzy AK z terenu powiatu miechowskiego i kilku dowódców, a między innymi znani mi Bohdan Thugutt, Stanisław Padło, Tadeusz Nowak, Stanisław Petersom, Jan Zawartka, Tadeusz Biernacki, Edmund Ścisłowski, Stanisław Kowal. Codziennie były przesłuchiwania, chcąc umożliwić kontakt pomiędzy przesłuchiwanymi, a oczekującymi na przesłuchanie, jeden z kolegów z celi obok, z której można było obserwować furtkę w bramie - wiedząc, że strażnicy opuścili budynek i poszli z aresztantami do budynku znajdującego się poza naszym ogrodzonym terenem - podchodził do drzwi celi i dawał znać "linia wolna". To miało olbrzymie znaczenie. Akustyka w korytarzu była dobra i więźniowie mogli się porozumiewać (o co pytano, co powiedziano, co nie należy mówić itd.). Z biegiem czasu koledzy z sąsiedniej celi zostali albo zwolnieni albo przeniesieni do innych więzień i "wolna linia" zamilkła. Zorientowałem się w sytuacji, a mając dobry punkt obserwacyjny ponownie linię uruchomiłem.

     Wszystko przebiegało dobrze, dopóki nie aresztowano i zamknięto w naszym więzieniu człowieka nie związanego z AK. Ten, przy wychodzeniu z kilkudniowego aresztu poinformował strażników co się tu dzieje. Dozorcy byli wściekli, to obnażało ich nieudolność organizacyjną.

     Początek lutego 1951 roku. Dozorca przyszedł i zaprowadził mnie do celi naprzeciwko naszej na przesłuchanie. Pomieszczenie małe, wysprzątane, ogrzane. Stół, krzesło, na stole maszyna do pisania. O rety, to tu odbywają się teraz przesłuchania. Dobrze, że wczoraj i dzisiaj nie puściłem wolnej linii bo by była wpadka. Czułem, że coś źle się będzie działo. Śledczy (wyglądał na sympatycznego) zadał mi kilkanaście pytań, odnotował, przeglądnął jeszcze raz moją teczkę i wstał by zawołać dozorcę. Wstałem więc i zapytałem: pozwoli mi pan na zakończenie powiedzieć parę słów - a gdy otrzymałem zgodę mówię: dziadek mój i wujek zaaresztowani w 1914 roku przez żandarmerię carską i wywiezieni do Moskwy wrócili w roku 1920 zmaltretowani, aby umrzeć i być pochowanymi na ojczystej ziemi i zapewne w grobie się przewracają że ja w Wolnej Polsce bez jakiejkolwiek winy jestem tak prześladowany. Nie odezwał się ani słowem, otworzył drzwi i przywołał dozorcę.

     Na drugi dzień rano zabrali z celi mojego współwięźnia (był to tamtejszy kłusownik zatrzymany na kilka dni). Wraca kłusownik, a za nim dwóch dozorców uzbrojonych. Jeden miał w ręku pogrzebacz, a drugi jakiś kij. Skinęli na mnie, pokazali drzwi. Na dyżurce rozkaz - rozbierajcie się! Panowie! O co chodzi, czyście powariowali, za co się znowu znęcacie nade mną. Warknięcie - ty nie wiesz! My ci ...synu pokażemy wolną linię. Jeden trzyma, drugi ściąga mi buty, skarpety, szarpią ubranie. Bronię się, dostaję silne uderzenie w kark co mnie ogłusza i w parę sekund nagiego pędzą do pomieszczenia po drugiej stronie korytarza. Ustawiają na jakiejś kałuży zamienionej w lód i kazali stać dopóki po mnie nie przyjdą. Otumaniony szybko trzeźwieję, rozglądam się gdzie oni mnie przywlekli. Duże pomieszczenie, zdewastowane, okno bez szyb, w rogu dziura w posadzce , była to myjnia w dawnych koszarach. No to już koniec ze mną. Przebieram nogami, zmarznięte stopy sprawiają niesamowity ból i wysyłają do głowy sygnały jakbym był podłączony do prądu. Biegam szukając suchego miejsca, ale wszędzie lód i zimny beton. Nie wiem jak długo tam byłem. Wreszcie otwierają się drzwi i wchodzi śledczy, który mnie wczoraj przesłuchiwał, wybucha we mnie niesamowita złość i krzyczę na cały głos - mordercy, bandyci, zamordowaliście Janka Ścisłowskiego za nic, a teraz mnie mordujecie.

     Zacząłem ich wszystkich przeklinać strasznymi słowami jakie mi przyszły do głowy. Nie będę ich powtarzał, bo nigdy przed, ani po tym incydencie ich nie używałem. W celach zrobiło się głośno, jakieś krzyki, walenie w drzwi - osadzeni zorientowali się, że dokonuje się jakiś samosąd i dawali oznaki swego niezadowolenia. Śledczy popatrzył na mnie i nic nie mówiąc wyszedł. Widocznie mu się to nie podobało i interweniował bo oprawcy zaraz przyszli i zaprowadzili mnie do celi. Ubrałem się, wymyłem nogi zimną wodą, wysuszyłem, narzuciłem kożuch, gruchnąłem wbrew regulaminowi na łóżko. Spałem aż do wieczora. Byłem przekonany, że zachoruję na zapalenie płuc lub przeziębienie, a tu nic. Na drugi dzień zameldowałem się na apelu do lekarza, ale strażnik nic się nie odezwał tylko mi pogroził.

     Jak tu nie wierzyć w przeznaczenie. Ten, który jest w ukryciu, lecz wszystko widzi pozwolił, że dali mi nauczkę, lecz nie pozwolił by były tego skutki.

     W tym czasie kiedy w Pińczowie spędzałem trudny czas więźnia politycznego, żona ze swoim ojcem działali. Pod petycją do władz (z jak najlepszą opinią) zebrali 49 podpisów mieszkańców N.Brzeska, z których większa część należała do PZPR. Również Szulim Strosberg, dobry znajomy zebrał kilkanaście podpisów wśród ocalałych Żydów pod pismem, które określało mój pozytywny stosunek w czasie okupacji do mieszkańców naszego miasteczka bez względu na narodowość lub przynależność partyjną. O staraniach tych, które miały wpływ na zwolnienie mnie z aresztu, dowiedziałem się dopiero po powrocie do domu. A tymczasem dni wlokły się beznadziejnie.

     Aresztantów ubywało. Jedni zostali zwolnieni bo nie można im było udowodnić winy, a inni po wyrokach jak nasi dowódcy "Beteha" i "Niebora" przekazani zostali do prawdziwych więzień na długoletnie kary. Odzyskali wolność dopiero w 1954 roku. Należy tu nadmienić, że dowódca 106 Dywizji Piechoty AK pułkownik Michał Nieczuja Ostrowski pseudonim "Tysiąc", po dwóch wyrokach śmierci odsiedział w więzieniach siedem lat, to jest do 1956 roku. Do dziś nie mogę pogodzić się z tym, jak po wyzwoleniu upadlano, prześladowano, znęcano się i mordowano członków AK. Dlaczego tak strasznie prześladowano naszych dowódców, twórców silnej organizacji wojskowej, która rozbroiła posterunki żandarmerii niemieckiej i nękając nieprzyjaciela za linią frontu w pewnym stopniu przyczyniła się do stworzenia w lipcu 1944 r. przyczółka na lewym brzegu Wisły. Ułatwiło to późniejsze przerwanie linii frontu przez wojska radzieckie.

     Nadeszła wiosna 1951 roku, a z nią nadzieja na zwolnienie z aresztu. Myślałem, że na Święta Wielkanocne będę w domu, niestety...

     Zaraz po Świętach, rano 20.04.1951 roku strażnik komunikuje: Cęckiewicz, zabierzcie swoje rzeczy i zameldujcie się u szefa UB. Składam koc, na nim kożuch, całość przewiązuję paskiem od spodni i jestem gotowy. W kancelarii szefa otrzymuję depozyt (zegarek, obrączka i parę złotych jakie miałem przy sobie w dniu aresztowania) i kartkę do podpisania, na której ostrzeżono mnie pod karą więzienia, że nikomu nie mogę powiedzieć co widziałem lub słyszałem. Całujcie mnie gdzieś. Wychodzę, a tu miła niespodzianka. Przed Urzędem stoi dwóch pińczowskich gimnazjalistów i zapraszają mnie na obiad. Jeden z nich to Stanisław Konik, kolega z celi, który spał pod moim zapasowym kocem i któremu dla zabicia czasu opowiadałem oglądane w kinie filmy. Dla wyjaśnienia dodam, że w styczniu UB zaaresztowało 15 gimnazjalistów, którzy na tajnym zebraniu założyli tak zwane "zielone harcerstwo". Przeszli okropność przesłuchań, miesięczny pobyt w śmierdzącej celi i po wielkich staraniach rodziców zostali zwolnieni. Swoimi kanałami dowiedzieli się kiedy będę zwolniony i chcieli mi sprawić przyjemność. Obiad po tak długiej krupnikowej diecie był wspaniały, ale widząc zdenerwowanie rodziców Staszka Konika (bali się, że ktoś może donieść do UB, że przyjmowali u siebie aresztanta) podziękowałem i ruszyłem do domu.

     Co za radość, - po pięciu miesiącach zobaczyć żonę oraz dzieci, Stasia i Bożenę. To się nie da opowiedzieć. Tu można jedynie dopisać: BOGU NIECH BĘDĄ DZIĘKI!

Zakończenie

     Opisałem swój skromny udział w konspiracji i w walce o niepodległość. Zgromadziłem jednak duży zbiór książek na ten temat. Zachęcam wszystkich członków naszej rodziny do ich przeczytania, a w szczególności do zapoznania się z książkami autorstwa dowódcy 106 Dywizji Piechoty AK ("Dom") zorganizowanej w ramach inspektoratu "Maria" - Bolesława Michała Nieczui Ostrowskiego ps. "Tysiąc". W swojej książce pod tytułem "Inspektorat AK "Maria" w walce" B.M. Nieczuja-Ostrowski zamieścił na stronie 301 notę o autorze wspomnień Stanisławie Cęckiewiczu i jego młodszym bracie Witoldzie:

"Czarny" - Stanisław Cęckiewicz, st.strz./ppor. cz. w., odznaczony m.in. Krzyżem AK. W konspiracji od 1942 do 1.1945 roku, członek NOW, żołnierz placówki Brzesko Nowe, obwód Pińczów, IV/120/106 DP AK , łącznik.- Rozpracowywał pozycje niemieckie na trasie Koszyce - Kazimierza Wielka. Brał udział w akcjach w ramach placówki "Bratek" i pod Jaksicami. Udzielał kwatery "spalonym". Po wojnie aresztowany, więziony w Pińczowie.

"Kropidło" - Witold Cęckiewicz, st.strz./ppor. cz. w., odznaczony m.in. Krzyżem Walecznych. W konspiracji od 1942 do 1945 roku, żołnierz placówki Brzesko Nowe, obwód Pińczów, batalion 120/106 DP, Jego zadaniem było patrolowanie terenu i ubezpieczenie odpraw. Brał udział w wielu akcjach bojowych, takich jak zajęcie Brzeska Nowego i pod Jaksicami. Jesienią 1944 roku rozpoznał i zaznaczył na planie pozycje niemieckie na trasie Koszyce - Kazimierza Wielka. W służbie żołnierz dzielny i ofiarny.

koniec

Stanisław Cęckiewicz   

Jubileusz Stanisława Cęckiewicza ps. Czarny

Jeszcze w czasie rozbiorów urodzony
Jako dziecko nie był świadomy tego,
Że chociaż licznym rodzeństwem otoczony
Nie ma prawdziwego domu swojego.

Domu, to znaczy własnej Ojczyzny.
Nie miał ten, który tak bardzo pokochał ją.
Po odrodzeniu długo leczyła swe blizny,
A On dorastał w niej i razem z nią.

Najukochańszą osobą matka była,
Która otaczała syna wielką czułością.
Żona Nina tak sędziwego wieku nie dożyła,
Była jednak dla niego dozgonną miłością.

Życie jego nie było różami usłane.
Ojciec zmarł kiedy miał dziesięć lat.
Jego wychowaniem zajęły się osoby kochane,
Bo był za młody, by samodzielnie iść przez Świat.

Matce przy prowadzeniu sklepu pomagał,
Równocześnie kontynuując naukę w Krakowie.
Często z różnymi trudnościami się zmagał,
Mając dom i rodzinę na głowie.

Gdy dorósł i zdobył odpowiednie wykształcenie
Na różnych stanowiskach pracował.
Tych, których dotknęło życiowe niepowodzenie
Wspomagał charytatywnie i z nimi współpracował.

A kiedy na Westerplatte rozległy się strzały,
Nad Wieluniem krążyły niemieckie samoloty,
Które raz po raz to miasto bombardowały,
Zrozumiał co oznaczają te hitlerowskie naloty.

(fot. nadesłane)
Zrozumiał, że to jest okrutna wojna
I należy bronić swych racji.
Aby nasza Polska była spokojna
Przez cały czas walczył w konspiracji.

Bez wahania wstąpił do Armii Krajowej,
Aby znienacka zadawać wrogowi cios.
Potem po wojnie już w Polsce Ludowej
Walczył w podziemiu o godny Ojczyzny los.

Dzisiaj w setne Jego urodziny
Składamy moc życzeń dostojnemu Jubilatowi.
O Jego patriotycznej postawie nie zapomnimy
Tak zacnemu Stanisławowi Cęckiewiczowi.

Ten wiersz, to wyraz wdzięczności dla Niego
I symbol tego, co udało się ocalić.
A z okazji dożycia wieku tak sędziwego
Sto świeczek na torcie zapalić.
Bo ogień, to symbol życia i płomiennej miłości
Do podtrzymywania ciepła rodzinnego.
Aby upływało w nieustającej radości
W zgodzie i harmonii trudu codziennego.

Za walkę w konspiracji i prześladowanie
Otrzymał wysokie odznaczenia.
Niechaj w naszej pamięci pozostanie
"Czarny", żołnierz Polskiego Podziemia.

Zdzisław Kuliś; Donosy, sierpień 2018

Artykuł pochodzi ze strony: Internetowego Kuriera Proszowskiego
Zapraszamy: https://www.24ikp.pl/info/prossoviana/online/ceckiewicz_wspomnienia/20180801odc04/art.php